Zakładki:
Durszlak.pl
poniedziałek, 06 stycznia 2014
 ... czyli po angielsku cinnamon (jednak dwa "en" mój drogi) rolls. Świetne drożdżowe bułki o słodkim, mocno cynamonowym smaku. Już raz robiłam cynamonowy, drożdżowy wieniec (można zajrzeć TU ), jednak mam tu przepis troszkę inny. Tajemnym składnikiem jest biały ser, a całe ciasto jest niezwykle puchate i lekkie. Co prawda radzę zjeść je tego samego dnia, bo na drugi (nie mówiąc o trzecim) dzień bułki stają suche, nawet trzymane w foliowej reklamówce czy chlebaku. Zresztą, w którym domu, gdzie mieszkają smakosze, coś dobrego dotrwa do drugiego dnia?

              
składniki na ciasto:
7 g suchych drożdży (1 paczka lub 2 i 1/2 łyżeczki)
1/4 szklanki cukru
1/2 szklanki ciepłego mleka
1/4 szklanki ciepłej wody
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego lub 1 cukier wanilinowy
1 jajko
1 żółtko
2 i 3/4 szklanki mąki + ok. połowy szklanki mąki do wyrabiania
duża szczypta soli
120 g miękkiego masła

100 dag białego twarogu zmielonego na pastę lub sera na sernik
120 g masła

składniki na nadzienie:
1/2 szklanki cukru
2 łyżki ciemnego cukru
100 g posiekanych migdałów lub jakichkolwiek orzechów
1 pełna łyżka cynamonu
duża szczypta soli (oj tak, świetnie się nadaje)
opcjonalnie: 100 g rodzynek lub skórki pomarańczowej

cukier puder na lukier

Zacząć od przygotowania drożdży: wymieszać je w kubku z ciepłą wodą i 1 łyżeczką cukru, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na 10 minut do momentu, aż zaczną pracować (pojawi się piana).

Drożdże przenieść do dużej miski, dodać mleko, jajko, żółtko, cukier, wanilię i utrzeć wszystko mikserem przez chwilkę, aż wszystko dobrze się wymiesza. Dosypać mąkę i sól i ucierać mikserem na małych lub średnich obrotach, aż mąka połączy się dokładnie z resztą składników (będzie dosyć rzadkie). Po czym wkroić mięciutkie masło i znowuż mikserem przez chwilkę wmieszać je w ciasto przez kilka minut.

Następnie wysypać na blat lub stolnicę ok. pół szklanki mąki, mocno oprószyć mąką ręce i wyłożyć ciasto z miski na blat. Delikatnie zagniatać ciasto, by wchłonęło całą mąkę, a jeśli jest jeszcze mocno klejące się do blatu dodać jeszcze troszkę mąki. Ciasto może być mocno elastyczne i lekko przyklejać się do blatu. Uformować kulę, włożyć do miski obsypanej mąką, przykryć ściereczką lub workiem foliowym i odstawić w ciepłe miejsce na 2 h do wyrośnięcia (podwoi swoją objętość).

Masło roztopić.

W misce wymieszać wszystkie składniki nadzienia cynamonowego.

Wyrośnięte ciasto wyłożyć na stolnicę oprószoną mąką i rozwałkować na kształt dosyć cienkiego kwadratu. Posmarować go serkiem i złożyć do środka najpierw jeden bok, potem na niego drugi, następnie do środka trzeci bok i na niego czwarty tworząc w ten sposób coś podobnego do złożonego kilkukrotnie materiału. Rozwałkować w ten sposób złożone ciasto na kształt dosyć cienkiego  prostokąta. Posmarować połową rozpuszczonego masła. Posypać całym nadzieniem - nie przejmować się, że jest go mało czy dużo. Jest go wystarczająco. Zwinąć w rulon jak roladę. Pokroić na ok. 5 centymetrowe kawałki, które poukładać na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia przekrojoną stroną do góry. Najlepiej ułożyć je na zwykłej blaszce do ciasta w pewnych odstępach od siebie. Da to szansę ciastu na wyrośnięcie i dobre upieczenie się wszystkich jego części.

            

Następnie przykryć workiem foliowym lub ściereczka i odstawić do wyrośnięcia na 1-2 godziny. Kiedy wydaje się nam, że ciasto nabrało puchowego charakteru a bułki puszystych kształtów, wstawić je do piekarnika, rozgrzanego do 180 stopni. Najlepiej w środkowej jego części (oczywiście zależne to jest od naszych przyzwyczajeń i znajomości piekarnika). Piec 30-35 minut. Wyjąć, posmarować od razu drugą częścią roztopionego masła (które zdążyło już zastygnąć, dlatego lekko je podgrzewamy). Po 10 minut posmarować szczodrze lukrem (spora ilość - 1 szklankę - rozciera się z odrobiną gorącej wody, aż masa będzie gładka, gęsta, ale płynna).

Nieprzyzwyczajonym do jedzenia gorącego ciasta - zabronione próbowanie tuz po upieczeniu, bo można sobie zrobić krzywdę. Jak w każdym przypadku gorącego drożdżowego wypieku. Po całkowitym wystygnięciu są najpyszniejsze.

                  
Nam smakowało bardzo. Nawet za drugim razem już na drugi dzień :)

źródło: joythebaker.com
Babka na swojej stronie bardzo dobrze pokazuje na zdjęciach cały proces robienia ciasta.
    
środa, 01 stycznia 2014
    Na pierwszy dzień nowego roku - nowy wpis z przepisem i zdjęciami. Tak się zastanawiam... Dobrze by było mieć tyle czasu, by móc zadbać o większą częstotliwość kulinarnych notatek, ale wymagałoby to odebrania mojej uwagi innym sprawom. A może to tylko kwestia lepszej organizacji wolnych chwil? Z drugiej strony obok pichcenia mam też inne zajęcia, a dzień ma tylko dwadzieścia cztery godzin... Pewnie, że chciałoby się wszystkiego. Jednak rozsądek każe nad owymi chęciami zapanować i dostosować się do możliwości, dzięki którym tak naprawdę mam sposobność i gotować, i zrobić zdjęcia, i opisać rzecz na blogu, i pójść do pracy, i zadbać o całą, ważną dla mnie resztę. Po prostu cieszmy się tym, co mamy.

             

   Co takiego dziś nowego? Nie mogłam się oprzeć i nie kupić sobie przy okazji kolejnej książki z przepisami Julii Child.
Tak, tak... to ta sama, o której opowiada film pt. "Julia i Julia". Amerykańska zdobywczyni tajników dobrego gotowania w czasie swego wieloletniego pobytu we Francji, autorka przetłumaczonej na wiele języków (oczywiście poza polskim) książki o francuskiej kuchni. Specyficzny sposób mówienia i poruszania się. Swoboda w traktowaniu składników i dań, na różnych etapach ich powstawania;), pokaźna postura (186 cm wzrostu) i przyjazne nastawienie do świata. W jednej ze swoich pierwszych książek pt. "Moje życie we Francji", pisze o sobie tak:

  Zawsze odpowiadało mi życie istoty beztroskiej jak motyl, wypełnione zabawą i w miarę możności wolne od zmartwień. ( a komu by nie odpowiadało;P) W Cordon Blue (jednej z najlepszych szkół kulinarnych w Europie), na targach i w restauracjach Paryża nagle odkryłam, że gotowanie to temat bogaty, złożony i niezwykle fascynujący. Można chyba powiedzieć, że zakochałam się w kuchni francuskiej - jej smakach, recepturach, historii, rozlicznych odmianach, rygorystycznej dyscyplinie, kreatywności, wspaniałych ludziach, sprzętach, rytuałach.
   Nigdy w życiu nie traktowałam czegoś lub kogoś tak poważnie (prócz męża i kota) i za każdym razem z wielkim żalem wychodziłam z kuchni. (...)
   Poddawszy się analizie, doszłam do wniosku, że mam trzy główne słabości: łatwo się peszę (co wynika z luk w wiedzy i umiejętności skoordynowania myśli, a także werbalizowania swojej opinii), brak mi pewności siebie, przez co wycofuję się pod naporem zdecydowanych sądów, jestem nadmiernie emocjonalna, a to szkodzi precyzyjnemu, naukowemu myśleniu. Miałam trzydzieści siedem lat i wciąż odkrywałam, kim jestem.
  
  
Kiedy przeczytałam to cztery lata temu, poczułam, jakbym znalazła to, czego wtedy szukałam: opowieść, a może raczej bajkę o zrealizowanych marzeniach. I kilka wskazówek, jak chociażby ta, może nawet jedna z najważniejszych: "Na ogół Twoje gotowanie jest lepsze, niż Ci się wydaje."

   Dzisiaj z przyjemnością i ogromną ciekawością wertuję strony kolejnej książki pani Julii rozkoszując się nazwami, opisami i wyobrażonymi smakami. I od razu postanowiłam zrealizować jedno z marzeń (tak, tak... takie też miewam). Wzięłam się za boeuf bourguignon. Wołowinę po burguńsku lub prościej - w czerwonym winie. I spacer w słoneczny, oszroniony dzień.

            

składniki:
20 dag surowego boczku albo surowego wędzonego boczku
oliwa lub olej do smażenia
1,5 kg chudej wołowiny pokrojonej w kostkę
3 szklanki wyrazistego, dobrego (jak ostatnio mówią telewizyjni kucharze - najlepiej tego, które pilibyśmy do obiadu) czerwonego wytrawnego lub półwytrawnego wina
2 szklanki bulionu wołowego (rozpuściłam 2 kostki w 3 szklankach)
1,5 łyżki koncentratu pomidorowego
2-3 zmiażdżone ząbki czosnku
3/4 łyżeczki tymianku
1-2 liście laurowe
sól do smaku

dodatkowo:
0,5 kg pieczarek
8-10 małych cebul, najlepiej szalotek
1 łyżka oleju
1 łyżka masła
duża szczypta soli

do zasmażki:
2 łyżki mąki
2 łyżki masła (ok. 30 g)


   Pokroić boczek w grubą kostkę i zrumienić je na patelni z dodatkiem odrobiny oleju, by wytopić tłuszcz. Kiedy boczek się ładnie podsmaży, przełożyć go na talerzyk. Do tłuszczu z boczku dolać trochę oleju bądź oliwy, mocno rozgrzać i przyrumienić na nim wołowinę, wrzucając ją partiami, by mięso mogło się smażyć a nie puszczać soki. Dlatego najlepiej wrzucać tego mięsa mniej, niż byśmy chcieli z powodu upływającego czasu (wołowina prosi się zawsze o cierpliwość ;).
Podsmażone ze wszystkich stron kawałki wołowiny wkładać do brytfanki bądź naczynia żaroodpornego.

   Kiedy wszystkie kawałki mięsa są już obsmażone, tłuszcz zlać z patelni (sos nie będzie tłusty) a na patelnię wlać wino, dzięki któremu odmoczy się to, co mięsko po sobie zostawiło i wlać do formy z wołowiną. Dodać zezłocony boczek oraz tyle bulionu wołowego, aby mięso było całkowicie przykryte. Dodać resztę składników:
koncentrat pomidorowy, zmiażdżone ząbki czosnku, tymianek, liście laurowe i sól do smaku. Wymieszać, zagotować, przykryć i wstawić na 2 godziny (albo dłużej - aż wołowina będzie niemal miękka) do piekarnika rozgrzanego do 160 stopni C. Można spokojnie bezpośrednio dusić potrawkę na ogniu.

   Po 2 i pół godzinach (lub odpowiednim dłuższym czasie, którego wołowina potrzebuje, by stać się niemal miękka) dodajemy następująco przyrządzone zasmażkę pieczarki i cebulki:
-
na maśle podsmażyć chwilkę mąkę, zalać szklanką zimnego bulionu wołowego oraz sosem i dodać do mięsa mieszając sos delikatnie trzepaczką czy drucianą ubijaczką,
- pieczarki myjemy, kroimy w plasterki i smażymy na mocnym ogniu na oleju i maśle przez chwilę do zrumienienia się niektórych kawałków, po czym dodajemy do sosu z mięsem
- cebulki obieramy i również podsmażamy na pozostałym po pieczarkach tłuszczu tak, by z różnych stron nabrały ciemnozłotych rumieńców, po czym przekładamy je do sosu z mięsem.

   Brytfankę z mięsem stawiamy na ogień na kuchence, przykryć i podgotować przez 10 minut, by wszystko przeszło swoimi smakami. Po tym czasie wołowina jest gotowa.

   Można przygotować ją dzień wcześniej i trzymać w lodówce.

              


   Jak na pierwszy raz wypróbowania przepisu, wyszło w smaku ciekawe i dobre. Po drugim dniu wykańczania sosu przy pomocy grubych makaronowych rurek i surówki ze słodko-kwaśnych ogórków usłyszałam przy stole propozycję powtórzenia za jakiś czas powyższego obiadowego menu.

   Co bym zmieniła? Zmniejszyłabym ilość wina, bo niestety nie wszystkim polskim podniebieniom, nieprzyzwyczajonym do obecności wina w potrawie, potrawka wołowo w winie smakowała. Najbardziej jednak słucham głosu mojego największego i najwierniejszego smakosza, który był autorem wspomnianej propozycji, a to znaczy, że w tym sosie było to "coś" :)
 

23:22, zen.ona
Link Komentarze (13) »