Zakładki:
Durszlak.pl
niedziela, 25 listopada 2012
 Świetny pomysł. Do miodu, masła, ulubionego dżemu i konfitur. Zamiast drożdżowego ciasta, chałki i bułek maślanych. Szybko, konkretnie i na temat, zwłaszcza ten dotyczący zacisznej chwili, spędzonej na kontemplacji kilku minut mlaskania z zadowolenia. Czy może być lepsza zachęta?

                  

składniki na jedną małą keksówkę:

2 szklanki mąki
2 łyżki cukru
1 łyżeczka soli
1 i 1/8 łyżeczki suchych drożdży
3/4 szklanki mleka
60 gram masla
1 duże jajko
1 żółtko

   W dużej misce wymieszać 3/4 szklanki mąki, cukier, sól i suche drożdże. Masło i mleko podgrzać w garnuszku, aż do rozpuszczenia się tłuszczu. Stopniowo dodać gorące mleko z roztopionym masłem do miski z suchymi składnikami, miksując z 3 minuty mikserem lub mieszając ręką bądź drewnianą łyżką.

   Dodać jajko, żółtko, 1/2 szklanki mąki, wymieszać, wsypać resztę mąki i przez chwilę dobrze wyrobić ciasto mikserem lub ręcznie. Przykryć ciasto ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do czasu, aż ciasto podwoi swoją objętość.

   Kiedy to się stanie, wysmarować foremkę masłem, oprószyć mąką i przełożyć do niej ciasto. Przykryć ściereczką i odstawić na 30 minut w ciepłe miejsce.

   Piekarnik rozgrzać do 190 stopni C. Ciasto wstawić do gorącego piekarnika, piec je 35-40 minut do momentu, aż włożony do ciasta patyczek będzie suchy. Kiedy ciasto będzie gotowe, wyjąć z piekarnika, odstawić na 5 minut, wyjąć z foremki, odstawić najlepiej na kratkę, by mogło chłodzić się ze wszystkich stron.

Z krojeniem lepiej poczekać, wystygnie, choć wiem, że to trudne;)

                     

    Przepis pochodzi ze świetnego bloga, z którego wychodzi wszystko, co tylko się na nim znajduje. Zaglądam na niego od dwóch już lat i cały czas z taką samą fascynacją...

http://smittenkitchen.com/blog/2011/03/sally-lunn-bread-honeyed-brown-butter-spread/



Golden brown zadała 11 pytań, na które staram się odpowiedzieć poniżej, ale razem z Czeńkiem:

1. Jesteś na przyjęciu u teściowej i podano Ci wątróbkę, której nie znosisz. Teściowa bacznie Cię obserwuje. Jak sobie poradzisz z daniem?

"Zjem" - odpowiada Czeniek i dodaje, że na pytanie teściowej powiedziałby: "W zasadzie nie przepadam za wątróbką, ale ta jest wyjątkowo dobra"

2. Twój szef jest durniem. Właśnie zlecił Ci zadanie, które Twoim zdaniem jest zwykłą stratą czasu, a szef oczekuje wyników. Co zrobisz?

Czeniek zamilkł z wrażenia, udając, że zapchał się wielką porcją kanapki. Próbuje coś do mnie powiedzieć przeżuwając kęsy. Cytuję: "Toblelelelelellele". Cyba się z nim zgadzam. Tak jest łatwiej w życiu;)

3. Zepsuł Ci się samochód i jest w naprawie. Masz awersję do komunikacji miejskiej, w taksówkach Ci śmierdzi. Czy do pracy będziesz dojeżdżać na rowerze? A może weźmiesz urlop?

Nie mamy samochodu, mieszkamy w małym mieście z dwoma głównymi ulicami, nie rozumiemy problemu, chodzimy na piechotę. Czeniek mroźną zimą skraca drogę do pracy i idzie do niej po lodzie. Jak na razie zawsze udaje mu się do niej dotrzeć;).

4. Odbierasz telefon od znajomych, których nie widziałeś wiele lat. Są w Twoim mieście i chcą Cię za pół godziny odwiedzić. Co robisz? Zamawiasz jedzenie, pichcisz coś, czy podajesz na stół orzeszki?

Lecę na łeb i szyję do najbliższej Żabki, starając się po drodze wymyślić coś do jedzenia. W tym samym czasie na swój łeb i swoją szyję Czeniek ogarnia w pocie swojego czoła mieszkanie. Zapewniam, że mam łatwiejsze zadanie;)

5. Co robisz, gdy podczas filmu pojawiają się reklamy?

Wstawiam wodę na herbatę, wieszam pranie, korzystam z łazienki, przygotowuję coś drobnego na ząb, wychodzę z psem, a wieczorem - odwracam się w stronę ściany i zasypiam, nie czekając końca ani reklam, ani filmu.

6. Czy masz ulubioną stację tv?Jeśli tak, co najchętniej oglądasz?

W celu wyćwiczenia niebiańskiego spokoju oglądam tvn24, bo Czeniek mówi, że ćwiczenie czyni mistrza, również w kontrolowaniu niekontrolowanych rozmów z przywódcami naszych partii, zwłaszcza w czasie ich przemówień do narodu. W przerwach
śmieję się z prowadzącymi "Szkło kontaktowe", demonstruję z przeciwnikami niesprawiedliwości społecznej (Planete), teoretycznie gotuję z Jamiem Olivierem (Kuchnia+), podróżuję z Bearym Gryllsem (Discovery) i zmuszona jestem do przeżywania na nowo po raz setny tego samego odcinka wszystkich obecnie puszczanych kryminałów na AXN-ie, Ale kino itp.
Czasem zaglądnę na tvn biznes, by sprawdzić, czy kryzys nie sięga jeszcze dna, i potrudzę się wsłuchaniem w angielski na angielskojęzycznych programach, choć po konfrontacji z Czeńkiem okazuje się często, że zupełnie o czym innym był dany program, niż mi się wydawało;)

7. Twoja córka spotyka się z chłopakiem, którego nie akceptujesz. Jak będziesz przekonywał córkę, by zerwała tę znajomość?

Zrzędzeniem i tym, co niestety nieskuteczne, dopóki toto samo się nie przekona.

8. Sylwester za 2 dni, w Twoim domu ma być duża impreza, a Ty masz nos czerwony i usmarkany, głowa Ci pęka, ogólnie kicha. Czy odwołasz imprezę, czy będziesz się leczył reklamowanymi w tv lekami?

Mam swój stały zestaw, a reklamy zawsze mamy wyciszone, więc nawet nie wiem, co w tym sezonie aktualne na przeziębienie... Niestety przez to z opóźnieniem trafiają do mnie memy. Na szczęście Czeniek codzienny odpoczynek zaczyna od Joe monstera;)

9. Jesteś na randce i nagle dostajesz czkawki. Jak z tego wybrniesz?

Czkam i żartuję z tego, próbując wszystkich znanych sposobów na zahamowanie czkania. W końcu można z tego uczynić próbę wytrwałości zalotnika;P

10. Ty chcesz mieć psa, a Twoja połowica - kota. Czy dojdziecie do porozumienia?

Tak, sprowadzamy do domu i psa i kota, a na deser kanarka;)

11. Doczytałeś do tego miejsca, zerkasz w dół wpisu i widzisz swój blog wytypowany do tej zabawy. Czy pomyślisz - ale fajnie!, czy raczej - dlaczego ja??

Myślę, ohohoho, nie boję się wcale, bo zawsze mogę wykorzystać do odpowiedzi Czeńka;P

 Udało się odpowiedzieć:) Nie typuję, nie wymyślam kolejnych pytań, bo nijak żadne fajne nie chce mi przyjść do głowy. Dzięki Golden za zabawę:)
pozdrawiam:)


19:23, zen.ona
Link Komentarze (3) »
sobota, 10 listopada 2012
   Kiedy w angielsko-kanadyjskim filmie "Stan 51" Elmo McElroy grany przez Samuela L. Jacksona zostaje poczęstowanym rybą z grubo krojonymi frytkami zawiniętymi w gazetę, najpierw patrzy na nią ze wzgardą i zadziwieniem, po czym wyrzuca wątpliwe dla siebie rarytasy przez okno. (Po obejrzenie sceny sięgnij TU - pierwsze 50 sekund - ogólnie film dla czternastolatków płci męskiej lubiących humor na poziomie poniżej pasa;)

   Zaintrygowało mnie to wtedy i poszukałam na szybko cóż to takiego ta ryba z frytkami podawana w papierze. Okazało się, że od połowy XIX wieku znana jest w Wielkiej Brytanii jako rybacki fast food. Niby nic niezwykłego, ot kawałki ryby w panierce i grube kawałki ziemniaków smażone na głębokim tłuszczu, polane często octem lub ketchupem, ale sam fakt potrawy z historią dodawał jej smaczku;)

   Więc..., jeśli ma się tylko okazję, czemu nie...


                                    


   Klasycznie, choć bez papieru. Na ławce. W tle wrześniowi spacerowicze, słońce wybielające piaszczysty brzeg i morze z nurkującymi pod falami surferami w czarnych obcisłych kombinezonach.
Punkt zwrotny w mojej angielskiej przygodzie, dodający pewności, przełamujący okres dwóch dni za mocnego zawrotu głowy z nadmiaru wrażeń i przeziębienia. Przestałam przejmować się akcentem, poprawnością gramatyczną czy nieznajomością słówek. Dostałam w zamian popołudniowy uśmiech zmęczonej kasjerki, chwilzainteresowania pochodzeniem i możliwość wyboru ryby u kucharza zmuszającego nas zabawnym zachowaniem do odpowiedniej reakcji. Potem było już tylko łatwiej...

   
             

              


               


   Powiem szczerze, brakowało mi do szczęścia jedynie surówki z kiszonej kapusty. Nic tylko brać się za pomyślenie o dobrej kolacji... ;)

wtorek, 06 listopada 2012
Dodam jeszcze: z krewetkami, kurczakiem i grzybami (shitake - w przepisie) mun w moim wykonaniu z powodu braku tych w nawiasach. W końcu po to kupiłam pastę z tamaryndowca, która nadaje specyficzny smak potrawie i łagodzi ostrość papryki.

                      

składniki:

600 g dużych surowych krewetek królewskich ( u nas mrożone już oczyszczone)
300 g piersi z kurczaka
1 łyżka oleju arachidowego lub sezamowego
6 szklanek wody
2 łyżki czerwonej pasty curry
1 łyżka koncentratu z tamaryndowca
2 łyżki świeżej trawy cytrynowej, drobno posiekanej = zastąpiłam ją 1/2 łyżeczki pasty z trawy cytrynowej
1 łyżeczka mielonej kurkumy
2 świeże małe czerwone papryczki chili, pozbawione nasion i grubo posiekane = dla nas za dużo, dałam pół papryczki (starczyło;)
1 łyżka świeżego startego imbiru
1 łyżeczka cukru palmowego = zastąpiłam z jego braku cukrem brązowym
100 g grzybków shitake, przekrojonych na pół = zastąpiłam 50 g namoczonymi, ugotowanymi, pokrojonymi w cienkie paski grzybami mun
3 łyżki sosu rybnego
4 łyżki soku z limonki
1/4 szklanki świeżych liści mięty
1/4 szklanki świeżych liści kolendry

Gdy mamy krewetki świeże:
Krewetki obrać i oczyścić z ciemnych żyłek, pozostawić całe ogony. Rozgrzać olej w dużej patelni, smażyć same skorupki i łby krewetek przez 5 minut, mieszając, aż zmienią kolor na intensywnie różowy. Dodać 1 szklankę wody i dodać pastę curry, doprowadzić do wrzenia, cały czas mieszając. Wywar przelać do rondla, dolać resztę wody, zagotować, zmniejszyć płomień i gotować ok. 10 minut.
Przecedzić wywar przez gazę do dużego rondla, resztę wyrzucić. Wrzucić pokrojoną w drobną kostkę pierś z kurczaka, zmniejszyć płomień i gotować ok. 20 minut.

Gdy mamy krewetki mrożone już oczyszczone:
Rozgrzać olej w patelni, dodać pastę curry, zalać szklanką wody, doprowadzić do wrzenia, przelać do rondla, dodać resztę wody,
zagotować, wrzucić pokrojoną w drobną kostkę pierś z kurczaka, zmniejszyć płomień i gotować ok. 20 minut.


Dalej postępować tak samo:

Do wywaru dodać koncentrat z tamaryndowca, trawę cytrynową, kurkumę, chili, imbir i cukier, doprowadzić do wrzenia. Gotować 2-3 minuty, zmniejszyć płomień, dodać grzyby i gotować jeszcze 5 minut, po czym dorzucić krewetki i gotować, mieszając, aż zmienią kolor.
Zdjąć z ognia, dodać sok z limonki i sos rybny. Podawać zupę oprószoną listkami mięty i kolendry.

Miętę co prawda każą w przepisie dać wietnamską, ale wiadomo, że z jej braku polowałam na miętę "polską", której nijak upolować nie zdołałam, taka była jakaś drobna i przerzedzona. Zamiast kolendry - dałam natkę pietruszki i, żeby zupą mogły najeść się 4 osoby - chiński pszenny makaron.
Nawet z tymi zmianami zupa pachniała smakiem z innego świata:)

      

Przepis zaczerpnięty z bardzo dobrych książek wydanych kiedyś przez "Rzeczpospolitą".

18:07, zen.ona , zupy
Link Komentarze (2) »
sobota, 03 listopada 2012
   
        

Świat zawirował tyloma barwami jesieni i życia, że kuchnia zapełniła się słoikami z gotowymi sosami ze sklepu, wczorajszą pomidorówką i krokietami od mamy. Czas, obok zdrowia, jest czymś, czego ciągle brakuje. Próbuję go zatrzymać, przeciągnąć istnienie zapachu tak rzadkiej w tym roku szarlotki, niedzielnego rosołu, czy dziadkowych pierożków okraszonych wyśmienitymi skwarkami. Kiedy jednak nadchodzi poniedziałek, gubię "te bratki w pośpiechu podróżnym", zagryzając listopadowe popołudnia podawanymi na szybko potrawami, zaprawionymi obcymi rękami wielką niewiadomą.

     Na szczęście w trudzie niesienia kaganka oświaty pomagają dni wolne od dzwonków i nowe książki kucharskie, jak ta, przywieziona z ostatniej podróży w wielkie nieznane, oswojone dzięki dwóm dniom kryzysu, zakończonego postanowieniem czerpania z samotnej wyprawy samych pozytywów.

   W księgarni usytuowanej przy głównej ulicy prowadzącej do kościoła w Christchurch zakopałam się po uszy i kubki smakowe w nowych wydaniach Nigelli, Oliviera, 100 najlepszych przepisach z makaronem, domowego chleba, tradycyjnej, angielskiej kuchni i mnóstwa tytułów mówiących mi wszystko i nic. Jedną z nich była grubaśna książka Mary Berry z tak ponętnie wyglądającymi ilustracjami, że byłam już jedną nogą w kasie, kiedy odkryłam wciśnięte między inne, dwie małe książeczki tej samej autorki, będącej jak się potem okazało jedną z najbardziej cenionych angielskich kulinarnych pisarek i prezenterek telewizyjnych, prowadzących w BBC program o pieczeniu ciast i ciasteczek.

         

   Na podstawie owych książeczek (zdrobnienie uzasadniam ich rozmiarami) upiekłam już trzy ciasta: brownie, czekoladowe z kawałkami czekolady i właśnie to, o którym mowa w tytule wpisu - z jabłkami, orzechami, rodzynkami i cynamonem.


składniki na tortownicę o średnicy 23 cm:

225 g miękkiego masła
225 g jasnego cukru muscovado (z jego braku pomieszałam ciemne muscovado z cukrem pudrem, pewnie można dać zwykły brązowy cukier lub po prostu biały)
3 duże jajka
100 g pokrojonych orzechów włoskich
100 g rodzynek
225 g (ok. 1 i trochę więcej niż połowa szklanki) mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
400 g jabłek
1
- 2 łyżeczki cynamonu (najlepiej tyle, ile się lubi)

na wykończenie:
brązowy cukier do posypania
80 - 100 g włoskich orzechów grubo pokrojonych
cukier puder do oprószenia po upieczeniu

Piekarnik nagrzać do 180 stopni C. Tortownicę posmarować tłuszczem, oprószyć bułką tartą.

Do miski włożyć miękkie masło, cukier, wbić jajka, wsypać orzechy i rodzynki oraz przesianą przez sitko mąkę i proszek do pieczenia. Ubijać mikserem ok 2-3 minuty (więcej naprawdę nie potrzeba).

Jabłka obrać, zetrzeć na tarce z grubymi otworami, wymieszać z cynamonem.

Połowę masy wyłożyć na dno tortownicy, na nią rozłożyć jabłka, przykryć je drugą częścią ciasta, którą posypać orzechami i cukrem. Piec w gorącym piekarniku przez 1 godzinę i 15 minut, aż patyczek włożony do środka ciasta będzie suchy. Wyjąć z piekarnika, po kilku minutach posypać cukrem pudrem.

Najlepsze jest drugiego dnia, kiedy troszkę nabierze wilgoci od jabłek. Polecam trzymać w zamknięciu (zwłaszcza przed bandą czatującą na kawałek ciasta zamiast śniadania;)