Zakładki:
Durszlak.pl
sobota, 15 marca 2014
   W końcu to blog kulinarny, niech chociaż tytuł wskazuje na jego tematykę ;) Zaangażowanie w wiele rzeczy powoduje, że w sobotę myślę tylko o nieruszaniu nie tylko głową, ale przede wszystkim ręką i nogą, więc miska, w której zagniatam ciasto odstawiona jest w najgłębsze zakamarki szafki, a wałek zginął w czeluściach naszej maleńkiej kuchni. Muszą cierpliwie poczekać na swój czas. Na razie podjadamy kupne ciastka i czekamy na sałatkę od dziadków :)

Co się zdarzyło tuż przed kolacją w czasie naszej ostatniej podróży? Natknęliśmy się na takie widoki, z pewnością zmuszające nogi do zrobienia jeszcze kilku kroków...
















16:02, zen.ona
Link Komentarze (4) »
sobota, 01 marca 2014
   Pozwoliliśmy sobie na tydzień odpoczynku, na niepewne na początku oderwanie się od spraw codziennych, na porównanie wrażeń z pierwszego wyjazdu tuż po wejściu Polski do Unii, na poznanie świata w jego kolejnej odsłonie.
  
   Jednego wieczoru oglądaliśmy w telewizji program z Anthony Bourdainem. Przypadkiem był w Londynie i choć raczej reklamował hotele, restauracje i sponsorów wyjazdu niż bawił się w amatora dobrego jedzenia, zaprowadził nas do zielonej budki stojącej na środku ulicy na specjalnie dla niej stworzonej wysepki. Zupełnie przypadkiem znaleźliśmy podobną następnego dnia, wychodząc z parku zwanego Kensington Gardens. Oczywiście z radości, że zjedliśmy ciepłą bułę z usmażonym bekonem i sadzonym jajkiem obok ludzi, dla których zostały owe budki stworzone, czyli taksówkarzy z czarnych taksówek, zrobiłam zdjęcia z tyłu, zamiast od frontu z okienkiem do wydawania ciepłych posiłków. Choć raz mogliśmy sprawdzić wiarygodność telewizyjnego przekazu... Następnym razem fundniemy sobie takie buły ponownie (ceny: 2.30 duża bułka z bekonem i jajkiem sadzonym, 3 funty dwie duże ciepłe kanapki z tym samym).

Więcej informacji o zielonych budkach znajdziecie na w necie na przykład tu:
 http://www.cabbieblog.com/blog/green-cab-shelters/
 
                 

Następne smaki czekały nas w Covent Garden Market, do którego ciągnęłam Czeńka przez pół miasta na piechotę, żeby koniecznie zobaczył ten tłum ludzi pragnących zobaczyć tłum, który kręci się w okół samego siebie i straganów niby ciekawych rzeczy, ale tak naprawdę służących do nie wiadomo czego. Byłam tam już i bardzo chciałam pójść tam z Czeńkiem, jak w każde miejsce wcześniej bez niego zwiedzone... Rozczarowałam się, a Czeniek grzecznie udawał zainteresowanie. Skorzystaliśmy o tyle, że wskoczyliśmy na zwalniające się właśnie krzesła do małej "pajarni" obok wielkiej patelni z dymiącą paellą (jakoś w każdym miejscu w Londynie wyglądającą tak samo ;).
              

  
    Ceny podane na tabliczce: mała miska - 4 funty.
                


   I spróbowaliśmy sobie pajów. U mnie na talerzu pojawił się z kurczakiem i pieczarkami, u Czeńka z mięsem wołowym. Wisienką na torcie były mashed potatoes czyli puree z ziemniaków i najbardziej smakująca nam zielona fasolka. W dzbanuszku dostaliśmy sos podobny do pieczeniowego z torebki i obiad z głowy.


                


   Z pajami spotkaliśmy się jeszcze na targowisku zwanym Borough Market przypominającym mi hiszpański
targ La Boqueria.
 
              







   Tak jak w Barcelonie można jeszcze podsłuchać rozmowy starych bywalców z uwijającymi się głośno kucharzami, tak w londyńskim markecie można popróbować sprzedawanych od lat w tym samym miejscu bułek z pociętym długo gotowanym mięsem wieprzowym (pulled pork - polecam zrobić samemu w domu, pychota) wymieszanym z sosem, najlepiej barbecue wykonanym według nikomu niezdradzanego przepisu. Pewnie, że w samym centrum marketu, na hali pod zadaszeniem gotuje się i sprzedaje jadło dla turystów, drogaśne i związane z pobliskimi restauracjami, ale w bocznych ścianach targowiska znajdują się małe wnęki z tańszymi przysmakami, po które stoi się w długich kolejkach. Spróbowaliśmy. Wniosek: lubimy pulled pork w bułce z dodatkiem sałatki coleslaw.

   Co jeszcze? Bliżej ulicy wychodzącej na London Bridge blisko siebie osadzone stragany ze potrawami z różnych stron kulinarnego świata:




      
        





  
       I klimaty znane z różnych polskich festiwali smaków:







A na koniec pozwoliłam sobie na utrwalenie nieznanego kolegi po fachu ;), dyskretnie wkładającego obiektyw w homary... To tak wygląda się z boku... dobrze, że nie wprowadzono nigdzie opłat za fotografowanie jedzenia ;)

               

   Na zakończenie naszego pobytu pomaszerowaliśmy na angielskie śniadanie. Weszliśmy do poleconej przez brata knajpki, wyglądającej w środku jak bar szybkiej obsługi. Przewijały się przez niego rodziny z dziećmi, a to, po doświadczeniach z pubem pełnym takich klientów, oznaczało normalne jedzenie, bezpieczne dla portfela i żołądka. I faktycznie tak było. Siedzieliśmy sobie, kroiliśmy szarawe kiełbaski, kruszyliśmy suchą kaszankę i zachwycaliśmy się idealnie usmażonymi jajkami. O fasolce nie ma co wspominać, pieczarki spoko, bekon pycha. Jak zamówić kaszankę? Normalnie. Na pytanie o dodatkowe "tościki" odpowiada się pytaniem: "Czy jest może kaszanka, bo chcielibyśmy spróbować jeszcze przed odjazdem", na co pani odpowiada: "Pewnie, to po angielsku black pudding. Nie ma problemu."

                

               

   Wracaliśmy już do londyńskiego domu. Kawałek drogi był, najpierw autobusami, bo taniej jest wykupić bilet bez strefy pierwszej, potem metrem do Ealing Brodway, a na koniec jeszcze 3 minuty kolejką. Do dzielnicy spokojnej, ze spacerującymi w niedzielę polskimi rodzinami, odwiedzającymi polską restaurację z niedzielnym rosołem na obiad i porządną porcją pieczonego mięsa w sosie. Z Lidlem, w którym kupuje się świderki do pomidorowej i otwartą na rogu Żabką z polskimi drożdżówkami. I ogrodem pełnym budowlanych narzędzi, bo żyć przecież z czegoś trzeba, a właściciel wynajmowanej przybudówki jest spoko gościem i nawet podrzuca zrobioną przez siebie frittatę lub sos do spaghetti...
   Przesiadaliśmy się więc w Notting Hill Gate, kiedy zobaczyłam to:
 
              

   A cóż to takiego? Czyżby idol od trzydziestominutowego obiadu miał osobiście rezydować w takim miejscu? Weszliśmy z namaszczeniem do środka, bo co jak co, ale i na mnie działa myśl spotkania Jamiego Oliviera. Ot tak, z czystego snobizmu, na który mogę sobie od czasu do czasu pozwolić.

   Okazało się, że to księgarnia z książkami kucharza, sklep ze świeżo ugotowanymi daniami, kramik z gadżetami, szkółka kucharska i restauracja w jednym. Jeśli będziecie w Londynie, zajrzyjcie na stronę sklepu, można zapisać się na jedną lekcję gotowania. Czy z Jamiem - nie wiem.

                


                 

      - O kurczę, co tu się dzieje?
      - Przepraszam, można zrobić zdjęcie?
      - A.... proszę. - Uśmiech ze zdziwieniem.

                

                

      Spróbowaliśmy jeszcze sushi z sieciówki "Wasabi" (polecam zupy również), gdzie młody chłopak spytał się, czy jesteśmy na wakacjach czy do pracy (podstawowe pytanie w czasie spotkań z rodakami) i po mojej odpowiedzi rzucił ostatnie zdanie, że też chce już do domu...

   Czeńka zaszokowała ilość pracujących Polaków w Londynie. To podstawowa różnica, jaką widzę od ostatniej wizyty. Mnie zadziwiła ilość małych dzieci w polskich rodzinach, robiących zakupy w Tesco czy Lidlu, siedzących na ławkach w małych parkach czy spacerujących po ulicach i wiek matek zbliżonych do mojego. Niech sobie mówią i robią co chcą w tym naszym kraju, ale ludzi nie zatrzymają, jeśli nie zaoferują im podobnych warunków rozwoju i życia, jakie są w Anglii albo przynajmniej lepszych od teraźniejszych. Politycy powinni przejść się w dresikach, bez limuzyn po ulicach angielskich miast, by zrozumieć przynajmniej, że podawane liczby nie kłamią... I ten brak spięcia w codziennych sytuacjach, u nas nie do pomyślenia, bo my musimy popychać się przy kasie, dając do zrozumienia waleniem koszykiem po nerach albo głośnym komentarzem, że trzeba szybciej, ciaśniej, szybciej, szybciej...
   No nic. Nie ma co skupiać się na problemach, tylko wspominać przyjemne chwile. Pamiętacie, jak mówiłam o Bournemouth, że ja tam jeszcze wrócę? Zgodził się Czeniek na poświęcenie jednego dnia na wyjazd nad morze. I jemu tez podobał się azjatycki bufet złożony ze 150 dań :)))
   A od poniedziałku do pracy.

    
23:02, zen.ona
Link Komentarze (3) »