Zakładki:
Durszlak.pl
środa, 31 lipca 2013


I mam znowuż jakiś cel...:)
19:35, zen.ona
Link Komentarze (4) »
piątek, 19 lipca 2013
Najpyszniejsze. Najbardziej puszyste, najbardziej miękkie, przekraczające wszelkie normy przyzwoitości w nasyceniu jagodami, i w ogóle. Co tu dużo mówić. Rację miał wianek z brulionu z przepisami, rację miała autorka Moich wypieków, i Ci, dla których owe słodkie buły stanowią finał poszukiwań doskonałego przepisu, pochodzącego z bloga Tatter.

               
 
składniki na 16 jagodzianek:
500 g mąki (może być i chlebowa, u mnie typ 500)
7 g suchych drożdży lub 14 g świeżych
szczypta soli
1 szklanka mleka
1 jajko
1/4 szklanki oleju (u mnie też słonecznikowy)
1/2 szklanki cukru
2 łyżki cukru waniliowego lub 1,5 łyżeczki ekstraktu z wanilii

Nadzienie:
300 - 400 g jagód
3 łyżki cukru
1 łyżka mąki ziemniaczanej

(u Tatter jest jeszcze jajko i mleko do smarowania, ale bułki nabierają brązowego koloru nawet bez tego, u mnie - zapomniałam posmarować jajkiem i okazało się, że nie trzeba)

Przy suchych drożdżach: mąkę przesiać do miski, wymieszać z drożdżami, cukrem i solą. Wlać ciepłe mleko, wbić jajko, wymieszać rękami, ugniatać, dodając po trochu oleju. Zagnieść miękkie, elastyczne ciasto. Przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na godzinę, półtora, by podwoiło objętość.

Przy drożdżach świeżych: mąkę przesiać do miski, mleko lekko podgrzać w rondelku żeby nie było za gorące) i wymieszać z drożdżami oraz 1 łyżką cukru - odstawić na 10 minut, wlać do mąki, dodać resztę cukru, sól, jajko, wymieszać rękami, ugniatać, dodając po trochu oleju. Zagnieść miękkie, elastyczne ciasto. Przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na godzinę, półtora, by podwoiło objętość.

Następnie ciasto krótko wyrobić, podzielić na 16 kawałków, każdy z nich zrolować na kształt bułeczki, przykryć ściereczką i odstawić na 15 minut do wyrośnięcia. Po czym rozwałkować (lub ręcznie) kawałek ciasta, nałożyć kopiastą łyżkę jagód i skleić, uważając, by nie powstały dziurki, położyć na oprószonej mąką stolnicy i lekko przyciskając uformować bułeczkę. Czynności powtórzyć przy każdym kawałku. Poukładać je na blaszce z piekarnika (zmieszczą się wszystkie) wyłożonej papierem do pieczenia (lub wysmarowanej olejem, lub wysypanej mąką), przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na 45 minut (serio).

Piekarnik rozgrzać do 220 stopni (bez obawy). Wstawić bułki do nagrzanego piekarnika (raczej na dolną półkę, ale nie najniższą, zresztą zależy jaki kto ma piekarnik), piec 15 minut, upieczone wyjąć (nie martwić się, że na pierwszy rzut oka będą twarde, zaraz zmiękną). Gorące jeszcze posmarować gęstym lukrem. I NIE JEŚĆ GORĄCYCH, BO POTEM BOLI BRZUCH (mówi to doświadczony zjadacz ciepłych jagodzianek;)))

              

               

Pychota.
środa, 17 lipca 2013
Przy pierwszej, przyniesionej przez Żancię, uszy tak nam się trzęsły, że postanowiłam zrobić normalną porcję, czyli całą blachę. Bez podawania przepisu: upiec biszkopt, położyć na niego tężejącą galaretkę z jagodami (poniżej w przepisie), na to ubitą śmietanę, którą obsypać czekoladowymi wiórkami lub kakao.

              

Smakowało mi mniej, niż przyniesione (ale tylko mi, nikt więcej nie zgłaszał zastrzeżeń) i zaczęłam myśleć, co by tu jeszcze pasowało do jagodowej galaretki, nasyconej owocami. Moja myśl błąkała się w okolicach sernika, ale miny moich domowników na wspomnienie twarogu w cieście wyraźnie nadawały jej inny trop. Cóż... kto gotuje, ten decyduje. Dla równowagi wszystkich min, wszystkiego po trochu, z głowy pełnej pomysłów i doświadczenia:

               


składniki na dużą, prostokątną blaszkę:

masa serowa:
1 kg twarogu na sernik (użyłam gotowego z kubełka sera śmietankowego o smaku waniliowym)
cukier - zależnie od smaku używanego sera, mój był z cukrem i dlatego dodałam tylko 5 łyżek cukru)
200 g masła
4 duże jajka
4 łyżeczki mąki ziemniaczanej lub budyń o smaku śmietankowym
1/2 szklanki mleka
ok. 260 g herbatników

jagodowa galaretka:
2 litry jagód
3 galaretki truskawkowe

ostatnia warstwa:
0,5 l słodkiej śmietany 30%
2 śnieżki
1-2 łyżki cukru pudru
1 biała czekolada

   W dużym garnku, na małym ogniu, roztopić masło i cukier. W tym samym czasie przełożyć ser do miski, dodać żółtka (białka odstawić na później), zmiksować. Kiedy masło jest już roztopione, dodać ser i cały czas mieszając podgotować.
   Najpierw masa stanie się rzadka, ale z czasem zacznie gęstnieć (dlatego nie należy się niepokoić "jak wyleję tak rzadką masę na ciastka?";P). Warto mieszać masę, bo podgrzewana zaczyna bulgotać, a w czasie mieszania nie dochodzi do erupcji serowego wrzątku (parzącego ręce - to z doświadczenia;).
   Kiedy masa zgęstnieje, dodać mleko wymieszane z mąką ziemniaczaną lub budyniem, chwilkę podgrzewać do zgęstnienia, odstawić.
   Z białek i szczypty soli ubić pianę na sztywno, dodać do masy serowej postawionej znowuż na mały ogień. Podgrzewać, delikatnie mieszając, aż do rozprowadzenia się całej piany, zestawić garnek z ognia.

Blaszkę wyłożyć najpierw folią aluminiową, a potem papierem do pieczenia (warto tak zrobić, ciasto nie nabiera metalicznego smaku od blachy). Ułożyć warstwę ciastek, można również po bokach, na nie wylać całą masę serową, zakryć ją drugą warstwą ciastek i wstawić do lodówki, by tężało.

Jagody opłukać, włożyć do garnka, zalać litrem wody, zagotować, odcedzić (owoce odłożyć, będą potrzebne później), do gorącego kompotu wsypać 3 galaretki (można również z jedną, dwie łyżki cukru), dobrze wymieszać, wystudzić i wstawić do lodówki, by się schłodziło. Kiedy będzie już zimne, a nawet trochę stężałe, dodać owoce, przemieszać i chłodzić dalej, aż do momentu, w którym zacznie gęstnieć. Wtedy przełożyć do blaszki na herbatniki, ułożone na serowej masie i do lodówki, aż się zsiądzie.

Śmietanę ubić od razu ze śnieżkami, dosłodzić cukrem pudrem do smaku. Wyłożyć delikatnie na galaretkę, rozprowadzić po całości. Posypać białą czekoladą, startą na tarce z grubymi otworami. Trzymać w lodówce.

                            


Delikatuśne, chmurkowe, wciąga się je niebezpiecznie niezauważalnie ;)
poniedziałek, 15 lipca 2013
Po obejrzeniu australijskiego "Masterchefa" stwierdziliśmy, że to najlepszy program tego rodzaju, jaki do tej pory widzieliśmy. Zachęceni pierwszym odcinkiem, zrobiliśmy sobie maraton i przez 6 godzin (!!!) nie tylko przyglądaliśmy się rywalizacji, ale przede wszystkim obserwowaliśmy sposoby gotowania poszczególnych kandydatów na zwycięzcę, podglądnęliśmy kilku mistrzów kuchni, od których spisałam od trzy ciekawe i proste przepisy. Z przyjemnością słuchało się rozmów uczestników z jurorami, bo przeważały w nich pozytywne opinie doceniające starania przyszłych masterchefów. Australijczykom udało się pozbawić program sztywności, jaką posiadają inne jego wersje (szczególnie irlandzka) i nieustannego pędu między półkami z garnkami, składnikami, miejscem pracy a stolikiem sędziów (wersja amerykańska). Połączyli różne elementy rozrywki: kulinarny wipe out z programem kulinarnym i niedzielną szkółką. Fajnie.

Chociaż niespecjalnie się dzisiaj czułam, powoli, tempem może żółwim, ale skutecznym, zachęcona wczorajszym telewizyjnym maratonem, dzięki któremu przetrwałam niedzielę, załatwiłam parę spraw, w tym mięsny pasztet we francuskim cieście i bezę z owocami. 

Pasztet zjedliśmy na gorąco z buraczkami (wcześniej ugotowanymi, schłodzonymi, obranymi, podprawionymi kwaśną śmietaną, solą i octem balsamicznym), a wieczorem na zimno, pokrojony w cienkie paszteciki.

             

składniki (na 2 osoby na obiad proponuję zmniejszyć o połowę):
2 paczki ciasta francuskiego
1 kg mięsa mielonego
1 bułka namoczona w mleku (lub ze 2 łyżki bułki tartej podlanej mlekiem)
1 jajko do mięsa
1 jajko do posmarowania
sól do smaku
1 duża cebula
2 łyżki tłuszczu
1 duży ząbek czosnku
przyprawy (sporo): czarny zmielony pieprz, cząber, majeranek, suszona bazylia
czarnuszka do posypania


 

   Cebulę pokroić w drobną kostkę i zeszklić na dwóch łyżkach tłuszczu, pod koniec dodać zmiażdżony czosnek, zestawić z ognia, wystudzić. Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia.

   Piekarnik rozgrzać do 200 stopni C.

   Mięso umieścić w misce, dodać cebulę, jajko, bułkę, sól i przyprawy (sukcesywnie, próbować, niemal jak wieprzowy tatar) - dobrze wszystko wymieszać. Spróbować, w razie czego doprawić i ponownie wymieszać. Podzielić na dwie części. Jajko rozbić w miseczce. Ciasto rozłożyć na blaszce. Jedną część mięsa uformować w odpowiedniej do długości ciasta wałek, położyć wzdłuż na początku ciasta i pomagając papierem do pieczenia, dodanym fabrycznie, zawinąć farsz, posmarować drugi brzeg ciasta rozbitym jajkiem, zrolować pasztet do tegoż brzegu, lekko dociskając. Tak samo postąpić z drugą częścią mięsa i drugim opakowaniem ciasta.
   Oba pasztety posmarować pozostałym jajkiem, posypać szczodrze czarnuszką, wstawić do rozgrzanego piekarnika i piec ok. 45-60 minut. Nie przejmować się, że może wypłynąć tłuszcz wodą. Jeśli dobrze zwinie się farsz w ciasto i nie będzie pęknięć, nic nie wydostanie się na zewnątrz (sprawdzone :).

   Po upieczeniu (będą miały ładny złoty brąz) wyjąć z piekarnika, odczekać z 10 minut, ukroić odpowiedni kawałek, podawać :)

   To co zostanie będzie świetną zimną zakąską na kolację. Mięso po wystygnięciu zrobi się zwarte, a całość bardzo dobrze da się pokroić nawet w cienkie plasterki.
A potem..., potem można kombinować: mniej mięsa, cieńszy wałek, z jednej paczki ciasta dwa cieńsze pasztety, z sosem grzybowym, pieczeniowym, pieczarkowym, pomidorowym... itd.

              

              
niedziela, 14 lipca 2013
Jedno ze współczesnych mądrości ludowych mówi, że jak już człowiek się czegoś czepi, to trzyma, dopóki mu się nie znudzi. I tak jest w tym roku z nami i domowymi lodami. Jeszcze kilka pomysłów na lodowe desery mam schowane w zakładkach, a tym razem na bazie słodko-kwaśnej pulpy owocowej z ostatnich gałązek rabarbaru.

              
  
składniki:
4 - 5 gałązek rabarbaru
1 szklanka cukru
200 ml pełnego mleka
3 żółtka
400 ml zimnej słodkiej śmietanki 36 %


   Rabarbar pokroić na kawałki, włożyć do garnka, dodać cukier i odrobinę wody, wstawić na średni płomień, gotować do momentu, kiedy rabarbar niemal w całości będzie miał konsystencję pulpy. Zdjąć z ognia. Przetrzeć przez sito. Wlać mleko, zmiksować. Dodać żółtka, za każdym razem miksując przez chwilkę masę. Wstawić na mały ogień i mieszając, przez kilka minut gotować, jak budyń, by masa nabrała kremowej konsystencji (i tak już jest gęsta, ale przynajmniej żółtka nie będą surowe). Wystudzić.

   Śmietankę ubić na sztywno. Dodać całą do owocowej masy, delikatnie, ale dokładnie wymieszać łyżką, przełożyć do pudełka (foremki itp.), w którym będziemy lody zamrażać. Wstawić do zamrażalki (do zamrażalnika w naszym przypadku:). Co 2 godziny wyjmować i mikserem delikatnie zmiksować lody, dzięki czemu po 12 godzinach nie będą twarde jak kamień (co może być wadą domowych domów, robionych bez maszyny lub właśnie częstego miksowania).

   Nasze, kręcone co jakiś czas, nawet po 18 godzinach były miękkie i ładnie dawały się formować specjalną łyżką do lodów.

Opcjonalnie można dodać kroplę czerwonego barwnika, by złamać naturalną delikatną burość, u nas bez dodatkowej czerwieni.

              


 
14:53, zen.ona , lody
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2