Zakładki:
Durszlak.pl
niedziela, 27 kwietnia 2014
 Kto nie lubi szpinaku? Ja. A kto wczoraj zjadł szpinak smażony a dzisiaj szpinakowe ciasto? Też ja. Nie ma co omijać zielone liście z daleka, tylko spróbować tak je sobie przyrządzić, by móc zjeść z godnością :). Pewnie oburzą miłośników owego warzywa zamiary ukrycia jego smaku, ale za to ucieszą osoby lubiące zjeść coś zdrowego, a nieprzepadające za uniwersalnym i, aż chciałoby się dodać ponadczasowym, połączeniem szpinaku, czosnku i słonego sera. Co roku szukam na niego sposób i dzięki temu udaje mi się coś szpinakowego wsiorbnąć. Co prawda w blogowych zapiskach znalazłam tylko tartę, ale z tego co pamiętam to i zupa była nawet niezła i sałatka. Na koniec tych skromnych wynurzeń dodam, że cały rok czekam na wiosenną odmianę: długie liście, jędrne i chrupkie te najmłodsze, mięsiste te starsze:

                            
                          


Ciasto szpinakowe nie zdziwi tych, którzy wiedzą już, że piecze się słodkości z warzywami: najczęściej z cukinią, dynią, buraczkami i marchewką. Podaję przepis podstawowy, który nadaje się do przygotowania kolejnych wariacji z dominacją jakiegoś smakowego składnika (kwaśnych owoców, słodkich konfitur, różnego rodzaju orzechów i kremów):

3 jajka
1,5 szklanki cukru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
3/4 szklanki oleju
1 szklanka zmiksowanego świeżego szpinaku
   (po pierwszej próbie zmiksowania liści okazało się, że wkręcają się w blender, ale pomogło dolanie odrobiny oleju i szpinak pięknie się miksował - wyglądało to jak pesto)
2 szklanki mąki
3 łyżeczki proszku do pieczenia
skórka otarta z 1 dużej cytryny
3-4 łyżki soku z cytryny


   Piekarnik rozgrzać do 170 - 175 stopni C, tortownicę wysmarować olejem i oprószyć bułką tartą.

Mąkę przesiać do osobnej miski i delikatnie wymieszać z proszkiem do pieczenia.

Jajka utrzeć z cukrem i ekstraktem waniliowym na puszystą masę. Dolać stopniowo olej, cały czas miksując, a potem dodać szpinak, sok i skórkę z cytryny.
Na koniec delikatnie mieszając wsypać stopniowo mąkę z proszkiem. Masę przelać do tortownicy (z pewnością wyjdą świetne muffinki itp.), włożyć do nagrzanego piekarnika, piec ok. 40-50 minut aż patyczek włożony do środka ciasta będzie suchy. Wyjąć z piekarnika, wystudzić, przełożyć dowolną masą.

Na zdjęciu masa z sera z kubełka (na sernik):
500 g sera
100 g masła
kilka łyżek cukru pudru do smaku
odrobina soku z cytryny

Świetny krem do takiego rodzaju ciast.

               


Podobnie jak przy red velvet cake można odkroić troszkę ciasta ze środka i oprószyć nim wierzch.

sobota, 15 marca 2014
   W końcu to blog kulinarny, niech chociaż tytuł wskazuje na jego tematykę ;) Zaangażowanie w wiele rzeczy powoduje, że w sobotę myślę tylko o nieruszaniu nie tylko głową, ale przede wszystkim ręką i nogą, więc miska, w której zagniatam ciasto odstawiona jest w najgłębsze zakamarki szafki, a wałek zginął w czeluściach naszej maleńkiej kuchni. Muszą cierpliwie poczekać na swój czas. Na razie podjadamy kupne ciastka i czekamy na sałatkę od dziadków :)

Co się zdarzyło tuż przed kolacją w czasie naszej ostatniej podróży? Natknęliśmy się na takie widoki, z pewnością zmuszające nogi do zrobienia jeszcze kilku kroków...
















16:02, zen.ona
Link Komentarze (4) »
sobota, 01 marca 2014
   Pozwoliliśmy sobie na tydzień odpoczynku, na niepewne na początku oderwanie się od spraw codziennych, na porównanie wrażeń z pierwszego wyjazdu tuż po wejściu Polski do Unii, na poznanie świata w jego kolejnej odsłonie.
  
   Jednego wieczoru oglądaliśmy w telewizji program z Anthony Bourdainem. Przypadkiem był w Londynie i choć raczej reklamował hotele, restauracje i sponsorów wyjazdu niż bawił się w amatora dobrego jedzenia, zaprowadził nas do zielonej budki stojącej na środku ulicy na specjalnie dla niej stworzonej wysepki. Zupełnie przypadkiem znaleźliśmy podobną następnego dnia, wychodząc z parku zwanego Kensington Gardens. Oczywiście z radości, że zjedliśmy ciepłą bułę z usmażonym bekonem i sadzonym jajkiem obok ludzi, dla których zostały owe budki stworzone, czyli taksówkarzy z czarnych taksówek, zrobiłam zdjęcia z tyłu, zamiast od frontu z okienkiem do wydawania ciepłych posiłków. Choć raz mogliśmy sprawdzić wiarygodność telewizyjnego przekazu... Następnym razem fundniemy sobie takie buły ponownie (ceny: 2.30 duża bułka z bekonem i jajkiem sadzonym, 3 funty dwie duże ciepłe kanapki z tym samym).

Więcej informacji o zielonych budkach znajdziecie na w necie na przykład tu:
 http://www.cabbieblog.com/blog/green-cab-shelters/
 
                 

Następne smaki czekały nas w Covent Garden Market, do którego ciągnęłam Czeńka przez pół miasta na piechotę, żeby koniecznie zobaczył ten tłum ludzi pragnących zobaczyć tłum, który kręci się w okół samego siebie i straganów niby ciekawych rzeczy, ale tak naprawdę służących do nie wiadomo czego. Byłam tam już i bardzo chciałam pójść tam z Czeńkiem, jak w każde miejsce wcześniej bez niego zwiedzone... Rozczarowałam się, a Czeniek grzecznie udawał zainteresowanie. Skorzystaliśmy o tyle, że wskoczyliśmy na zwalniające się właśnie krzesła do małej "pajarni" obok wielkiej patelni z dymiącą paellą (jakoś w każdym miejscu w Londynie wyglądającą tak samo ;).
              

  
    Ceny podane na tabliczce: mała miska - 4 funty.
                


   I spróbowaliśmy sobie pajów. U mnie na talerzu pojawił się z kurczakiem i pieczarkami, u Czeńka z mięsem wołowym. Wisienką na torcie były mashed potatoes czyli puree z ziemniaków i najbardziej smakująca nam zielona fasolka. W dzbanuszku dostaliśmy sos podobny do pieczeniowego z torebki i obiad z głowy.


                


   Z pajami spotkaliśmy się jeszcze na targowisku zwanym Borough Market przypominającym mi hiszpański
targ La Boqueria.
 
              







   Tak jak w Barcelonie można jeszcze podsłuchać rozmowy starych bywalców z uwijającymi się głośno kucharzami, tak w londyńskim markecie można popróbować sprzedawanych od lat w tym samym miejscu bułek z pociętym długo gotowanym mięsem wieprzowym (pulled pork - polecam zrobić samemu w domu, pychota) wymieszanym z sosem, najlepiej barbecue wykonanym według nikomu niezdradzanego przepisu. Pewnie, że w samym centrum marketu, na hali pod zadaszeniem gotuje się i sprzedaje jadło dla turystów, drogaśne i związane z pobliskimi restauracjami, ale w bocznych ścianach targowiska znajdują się małe wnęki z tańszymi przysmakami, po które stoi się w długich kolejkach. Spróbowaliśmy. Wniosek: lubimy pulled pork w bułce z dodatkiem sałatki coleslaw.

   Co jeszcze? Bliżej ulicy wychodzącej na London Bridge blisko siebie osadzone stragany ze potrawami z różnych stron kulinarnego świata:




      
        





  
       I klimaty znane z różnych polskich festiwali smaków:







A na koniec pozwoliłam sobie na utrwalenie nieznanego kolegi po fachu ;), dyskretnie wkładającego obiektyw w homary... To tak wygląda się z boku... dobrze, że nie wprowadzono nigdzie opłat za fotografowanie jedzenia ;)

               

   Na zakończenie naszego pobytu pomaszerowaliśmy na angielskie śniadanie. Weszliśmy do poleconej przez brata knajpki, wyglądającej w środku jak bar szybkiej obsługi. Przewijały się przez niego rodziny z dziećmi, a to, po doświadczeniach z pubem pełnym takich klientów, oznaczało normalne jedzenie, bezpieczne dla portfela i żołądka. I faktycznie tak było. Siedzieliśmy sobie, kroiliśmy szarawe kiełbaski, kruszyliśmy suchą kaszankę i zachwycaliśmy się idealnie usmażonymi jajkami. O fasolce nie ma co wspominać, pieczarki spoko, bekon pycha. Jak zamówić kaszankę? Normalnie. Na pytanie o dodatkowe "tościki" odpowiada się pytaniem: "Czy jest może kaszanka, bo chcielibyśmy spróbować jeszcze przed odjazdem", na co pani odpowiada: "Pewnie, to po angielsku black pudding. Nie ma problemu."

                

               

   Wracaliśmy już do londyńskiego domu. Kawałek drogi był, najpierw autobusami, bo taniej jest wykupić bilet bez strefy pierwszej, potem metrem do Ealing Brodway, a na koniec jeszcze 3 minuty kolejką. Do dzielnicy spokojnej, ze spacerującymi w niedzielę polskimi rodzinami, odwiedzającymi polską restaurację z niedzielnym rosołem na obiad i porządną porcją pieczonego mięsa w sosie. Z Lidlem, w którym kupuje się świderki do pomidorowej i otwartą na rogu Żabką z polskimi drożdżówkami. I ogrodem pełnym budowlanych narzędzi, bo żyć przecież z czegoś trzeba, a właściciel wynajmowanej przybudówki jest spoko gościem i nawet podrzuca zrobioną przez siebie frittatę lub sos do spaghetti...
   Przesiadaliśmy się więc w Notting Hill Gate, kiedy zobaczyłam to:
 
              

   A cóż to takiego? Czyżby idol od trzydziestominutowego obiadu miał osobiście rezydować w takim miejscu? Weszliśmy z namaszczeniem do środka, bo co jak co, ale i na mnie działa myśl spotkania Jamiego Oliviera. Ot tak, z czystego snobizmu, na który mogę sobie od czasu do czasu pozwolić.

   Okazało się, że to księgarnia z książkami kucharza, sklep ze świeżo ugotowanymi daniami, kramik z gadżetami, szkółka kucharska i restauracja w jednym. Jeśli będziecie w Londynie, zajrzyjcie na stronę sklepu, można zapisać się na jedną lekcję gotowania. Czy z Jamiem - nie wiem.

                


                 

      - O kurczę, co tu się dzieje?
      - Przepraszam, można zrobić zdjęcie?
      - A.... proszę. - Uśmiech ze zdziwieniem.

                

                

      Spróbowaliśmy jeszcze sushi z sieciówki "Wasabi" (polecam zupy również), gdzie młody chłopak spytał się, czy jesteśmy na wakacjach czy do pracy (podstawowe pytanie w czasie spotkań z rodakami) i po mojej odpowiedzi rzucił ostatnie zdanie, że też chce już do domu...

   Czeńka zaszokowała ilość pracujących Polaków w Londynie. To podstawowa różnica, jaką widzę od ostatniej wizyty. Mnie zadziwiła ilość małych dzieci w polskich rodzinach, robiących zakupy w Tesco czy Lidlu, siedzących na ławkach w małych parkach czy spacerujących po ulicach i wiek matek zbliżonych do mojego. Niech sobie mówią i robią co chcą w tym naszym kraju, ale ludzi nie zatrzymają, jeśli nie zaoferują im podobnych warunków rozwoju i życia, jakie są w Anglii albo przynajmniej lepszych od teraźniejszych. Politycy powinni przejść się w dresikach, bez limuzyn po ulicach angielskich miast, by zrozumieć przynajmniej, że podawane liczby nie kłamią... I ten brak spięcia w codziennych sytuacjach, u nas nie do pomyślenia, bo my musimy popychać się przy kasie, dając do zrozumienia waleniem koszykiem po nerach albo głośnym komentarzem, że trzeba szybciej, ciaśniej, szybciej, szybciej...
   No nic. Nie ma co skupiać się na problemach, tylko wspominać przyjemne chwile. Pamiętacie, jak mówiłam o Bournemouth, że ja tam jeszcze wrócę? Zgodził się Czeniek na poświęcenie jednego dnia na wyjazd nad morze. I jemu tez podobał się azjatycki bufet złożony ze 150 dań :)))
   A od poniedziałku do pracy.

    
23:02, zen.ona
Link Komentarze (3) »
czwartek, 27 lutego 2014
 Pierwsze moje pączki. Puszyste, miękkie, sprężyste na drugi dzień, a na ciepło jeszcze - niesamowite... Własną ręką zagniatane, wykrawane i nadziewane. Smażone w dzień, który od tego momentu stał się dla nas tłustą środą poprzedzającą tłusty czwartek. Miejmy nadzieję, że to seria tłustych tygodni...;)

                

                
składniki:
600 g mąki tortowej + kilka łyżek do podsypywania
3 jajka
100 g masła roztopionego
70 g cukru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
pół łyżeczki soli
2 łyżki spirytusu lub rumu - u mnie z braku obu 3 łyżki domowego miodu pitnego
250 ml ciepłego mleka
20 g świeżych drożdży lub 10 g suchych
smalec lub olej do smażenia
300 g konfitury z róży lub marmolady różanej

   Z drożdży zrobić zaczyn: wymieszać je w garnuszku z ciepłym mlekiem i łyżką cukru, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłym miejscu do momentu, aż zaczną pracować (w dobrym ciepłym miejscu - ok. 15 minut).

   Mąkę przesiać do miski. Wbić jajka, dodać sól, cukier, wanilię i pracujące drożdże. Zagniatać ciasto, dolewając rozpuszczone masło, aż ciasto stanie się elastyczne. Nie przejmować się tym, że troszkę będzie się lepić, po wyrobieniu będzie gładkie tak jak nasze ręce :) Uformować kulę. Włożyć do miski oprószonej mąką, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na ok. 1,5 godziny do wyrośnięcia = do podwojenia swej objętości.

   Po tym czasie wyłożyć na stolnicę, zagnieść kilka razy, rozwałkować na ok. 1,5 cm i wyciąć szklanką kółka (po pierwszym wycięciu zebrać skrawki ciasta, lekko zagnieść, rozwałkować, wyciąć i tak do ostatniego okruszka).
Powinno wyjść ok. 25-30 sztuk. Przykryć ściereczką i zostawić na ok. 20-30 minut, aż sobie troszkę podrosną.

   Po tym czasie rozgrzać olej lub smalec (u mnie trochę jednego i drugiego, bo za mało kupiłam smalcu) Po szczegóły dotyczące temperatury oleju odsyłam do źródła przepisu: Moje wypieki. Z powodu braku termometru cukierniczego smażyłam je kierując się pierwszymi wrażeniami: na pewno gaz nie może być duży, bo się szybko przypiekają a w środku mogą być surowawe, nie może też być malutki, bo pączki nasiąkają tłuszczem. Trzeba je obserwować i w zależności od potrzeb pilnować płomienia. Po rozgrzaniu tłuszczu na dużym gazie, przestawiłam garnek na ten najmniejszy i było dobrze.

Pączki smażyć z dwóch stron. Przełożyć na talerz wyłożony papierowym ręcznikiem, żeby tłuszcz obciekł. Kiedy troszkę ochłoną, nadziewać konfiturą lub miękką marmoladą za pomocą tylki do nadziewania słodkości (są prawie w każdym komplecie czegokolwiek do ozdoby ciast, mam taką zwykłą plastikową i mimo obaw o jej grubość, sprawiła się naprawdę dobrze). Na koniec lekko posmarować lukrem (lepiej mniej niż więcej) z dwóch stron i gotowe.

Najprostszy lukier: szklanka cukru pudru + kilka łyżek gorącej wody (lepiej dodawać ją porcjami) = utrzeć przez chwilkę i lukier gotowy. W zależności od tego jak gęsty lub rzadki chcemy mieć lukier, tyle dodajemy wody lub w razie czego dosypujemy cukru pudru.

W innej wersji do lukru można dodać drobniutko posiekaną kandyzowana skórkę pomarańczową.

             

To był naprawdę świetny pomysł.

A następnym razem robimy wspaniale rozpływające się w ustach pączki Mamy Żanety, której bardzo dziękuję za przepis :)

poniedziałek, 06 stycznia 2014
 ... czyli po angielsku cinnamon (jednak dwa "en" mój drogi) rolls. Świetne drożdżowe bułki o słodkim, mocno cynamonowym smaku. Już raz robiłam cynamonowy, drożdżowy wieniec (można zajrzeć TU ), jednak mam tu przepis troszkę inny. Tajemnym składnikiem jest biały ser, a całe ciasto jest niezwykle puchate i lekkie. Co prawda radzę zjeść je tego samego dnia, bo na drugi (nie mówiąc o trzecim) dzień bułki stają suche, nawet trzymane w foliowej reklamówce czy chlebaku. Zresztą, w którym domu, gdzie mieszkają smakosze, coś dobrego dotrwa do drugiego dnia?

              
składniki na ciasto:
7 g suchych drożdży (1 paczka lub 2 i 1/2 łyżeczki)
1/4 szklanki cukru
1/2 szklanki ciepłego mleka
1/4 szklanki ciepłej wody
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego lub 1 cukier wanilinowy
1 jajko
1 żółtko
2 i 3/4 szklanki mąki + ok. połowy szklanki mąki do wyrabiania
duża szczypta soli
120 g miękkiego masła

100 dag białego twarogu zmielonego na pastę lub sera na sernik
120 g masła

składniki na nadzienie:
1/2 szklanki cukru
2 łyżki ciemnego cukru
100 g posiekanych migdałów lub jakichkolwiek orzechów
1 pełna łyżka cynamonu
duża szczypta soli (oj tak, świetnie się nadaje)
opcjonalnie: 100 g rodzynek lub skórki pomarańczowej

cukier puder na lukier

Zacząć od przygotowania drożdży: wymieszać je w kubku z ciepłą wodą i 1 łyżeczką cukru, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na 10 minut do momentu, aż zaczną pracować (pojawi się piana).

Drożdże przenieść do dużej miski, dodać mleko, jajko, żółtko, cukier, wanilię i utrzeć wszystko mikserem przez chwilkę, aż wszystko dobrze się wymiesza. Dosypać mąkę i sól i ucierać mikserem na małych lub średnich obrotach, aż mąka połączy się dokładnie z resztą składników (będzie dosyć rzadkie). Po czym wkroić mięciutkie masło i znowuż mikserem przez chwilkę wmieszać je w ciasto przez kilka minut.

Następnie wysypać na blat lub stolnicę ok. pół szklanki mąki, mocno oprószyć mąką ręce i wyłożyć ciasto z miski na blat. Delikatnie zagniatać ciasto, by wchłonęło całą mąkę, a jeśli jest jeszcze mocno klejące się do blatu dodać jeszcze troszkę mąki. Ciasto może być mocno elastyczne i lekko przyklejać się do blatu. Uformować kulę, włożyć do miski obsypanej mąką, przykryć ściereczką lub workiem foliowym i odstawić w ciepłe miejsce na 2 h do wyrośnięcia (podwoi swoją objętość).

Masło roztopić.

W misce wymieszać wszystkie składniki nadzienia cynamonowego.

Wyrośnięte ciasto wyłożyć na stolnicę oprószoną mąką i rozwałkować na kształt dosyć cienkiego kwadratu. Posmarować go serkiem i złożyć do środka najpierw jeden bok, potem na niego drugi, następnie do środka trzeci bok i na niego czwarty tworząc w ten sposób coś podobnego do złożonego kilkukrotnie materiału. Rozwałkować w ten sposób złożone ciasto na kształt dosyć cienkiego  prostokąta. Posmarować połową rozpuszczonego masła. Posypać całym nadzieniem - nie przejmować się, że jest go mało czy dużo. Jest go wystarczająco. Zwinąć w rulon jak roladę. Pokroić na ok. 5 centymetrowe kawałki, które poukładać na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia przekrojoną stroną do góry. Najlepiej ułożyć je na zwykłej blaszce do ciasta w pewnych odstępach od siebie. Da to szansę ciastu na wyrośnięcie i dobre upieczenie się wszystkich jego części.

            

Następnie przykryć workiem foliowym lub ściereczka i odstawić do wyrośnięcia na 1-2 godziny. Kiedy wydaje się nam, że ciasto nabrało puchowego charakteru a bułki puszystych kształtów, wstawić je do piekarnika, rozgrzanego do 180 stopni. Najlepiej w środkowej jego części (oczywiście zależne to jest od naszych przyzwyczajeń i znajomości piekarnika). Piec 30-35 minut. Wyjąć, posmarować od razu drugą częścią roztopionego masła (które zdążyło już zastygnąć, dlatego lekko je podgrzewamy). Po 10 minut posmarować szczodrze lukrem (spora ilość - 1 szklankę - rozciera się z odrobiną gorącej wody, aż masa będzie gładka, gęsta, ale płynna).

Nieprzyzwyczajonym do jedzenia gorącego ciasta - zabronione próbowanie tuz po upieczeniu, bo można sobie zrobić krzywdę. Jak w każdym przypadku gorącego drożdżowego wypieku. Po całkowitym wystygnięciu są najpyszniejsze.

                  
Nam smakowało bardzo. Nawet za drugim razem już na drugi dzień :)

źródło: joythebaker.com
Babka na swojej stronie bardzo dobrze pokazuje na zdjęciach cały proces robienia ciasta.
    
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23