Zakładki:
Durszlak.pl
środa, 01 stycznia 2014
    Na pierwszy dzień nowego roku - nowy wpis z przepisem i zdjęciami. Tak się zastanawiam... Dobrze by było mieć tyle czasu, by móc zadbać o większą częstotliwość kulinarnych notatek, ale wymagałoby to odebrania mojej uwagi innym sprawom. A może to tylko kwestia lepszej organizacji wolnych chwil? Z drugiej strony obok pichcenia mam też inne zajęcia, a dzień ma tylko dwadzieścia cztery godzin... Pewnie, że chciałoby się wszystkiego. Jednak rozsądek każe nad owymi chęciami zapanować i dostosować się do możliwości, dzięki którym tak naprawdę mam sposobność i gotować, i zrobić zdjęcia, i opisać rzecz na blogu, i pójść do pracy, i zadbać o całą, ważną dla mnie resztę. Po prostu cieszmy się tym, co mamy.

             

   Co takiego dziś nowego? Nie mogłam się oprzeć i nie kupić sobie przy okazji kolejnej książki z przepisami Julii Child.
Tak, tak... to ta sama, o której opowiada film pt. "Julia i Julia". Amerykańska zdobywczyni tajników dobrego gotowania w czasie swego wieloletniego pobytu we Francji, autorka przetłumaczonej na wiele języków (oczywiście poza polskim) książki o francuskiej kuchni. Specyficzny sposób mówienia i poruszania się. Swoboda w traktowaniu składników i dań, na różnych etapach ich powstawania;), pokaźna postura (186 cm wzrostu) i przyjazne nastawienie do świata. W jednej ze swoich pierwszych książek pt. "Moje życie we Francji", pisze o sobie tak:

  Zawsze odpowiadało mi życie istoty beztroskiej jak motyl, wypełnione zabawą i w miarę możności wolne od zmartwień. ( a komu by nie odpowiadało;P) W Cordon Blue (jednej z najlepszych szkół kulinarnych w Europie), na targach i w restauracjach Paryża nagle odkryłam, że gotowanie to temat bogaty, złożony i niezwykle fascynujący. Można chyba powiedzieć, że zakochałam się w kuchni francuskiej - jej smakach, recepturach, historii, rozlicznych odmianach, rygorystycznej dyscyplinie, kreatywności, wspaniałych ludziach, sprzętach, rytuałach.
   Nigdy w życiu nie traktowałam czegoś lub kogoś tak poważnie (prócz męża i kota) i za każdym razem z wielkim żalem wychodziłam z kuchni. (...)
   Poddawszy się analizie, doszłam do wniosku, że mam trzy główne słabości: łatwo się peszę (co wynika z luk w wiedzy i umiejętności skoordynowania myśli, a także werbalizowania swojej opinii), brak mi pewności siebie, przez co wycofuję się pod naporem zdecydowanych sądów, jestem nadmiernie emocjonalna, a to szkodzi precyzyjnemu, naukowemu myśleniu. Miałam trzydzieści siedem lat i wciąż odkrywałam, kim jestem.
  
  
Kiedy przeczytałam to cztery lata temu, poczułam, jakbym znalazła to, czego wtedy szukałam: opowieść, a może raczej bajkę o zrealizowanych marzeniach. I kilka wskazówek, jak chociażby ta, może nawet jedna z najważniejszych: "Na ogół Twoje gotowanie jest lepsze, niż Ci się wydaje."

   Dzisiaj z przyjemnością i ogromną ciekawością wertuję strony kolejnej książki pani Julii rozkoszując się nazwami, opisami i wyobrażonymi smakami. I od razu postanowiłam zrealizować jedno z marzeń (tak, tak... takie też miewam). Wzięłam się za boeuf bourguignon. Wołowinę po burguńsku lub prościej - w czerwonym winie. I spacer w słoneczny, oszroniony dzień.

            

składniki:
20 dag surowego boczku albo surowego wędzonego boczku
oliwa lub olej do smażenia
1,5 kg chudej wołowiny pokrojonej w kostkę
3 szklanki wyrazistego, dobrego (jak ostatnio mówią telewizyjni kucharze - najlepiej tego, które pilibyśmy do obiadu) czerwonego wytrawnego lub półwytrawnego wina
2 szklanki bulionu wołowego (rozpuściłam 2 kostki w 3 szklankach)
1,5 łyżki koncentratu pomidorowego
2-3 zmiażdżone ząbki czosnku
3/4 łyżeczki tymianku
1-2 liście laurowe
sól do smaku

dodatkowo:
0,5 kg pieczarek
8-10 małych cebul, najlepiej szalotek
1 łyżka oleju
1 łyżka masła
duża szczypta soli

do zasmażki:
2 łyżki mąki
2 łyżki masła (ok. 30 g)


   Pokroić boczek w grubą kostkę i zrumienić je na patelni z dodatkiem odrobiny oleju, by wytopić tłuszcz. Kiedy boczek się ładnie podsmaży, przełożyć go na talerzyk. Do tłuszczu z boczku dolać trochę oleju bądź oliwy, mocno rozgrzać i przyrumienić na nim wołowinę, wrzucając ją partiami, by mięso mogło się smażyć a nie puszczać soki. Dlatego najlepiej wrzucać tego mięsa mniej, niż byśmy chcieli z powodu upływającego czasu (wołowina prosi się zawsze o cierpliwość ;).
Podsmażone ze wszystkich stron kawałki wołowiny wkładać do brytfanki bądź naczynia żaroodpornego.

   Kiedy wszystkie kawałki mięsa są już obsmażone, tłuszcz zlać z patelni (sos nie będzie tłusty) a na patelnię wlać wino, dzięki któremu odmoczy się to, co mięsko po sobie zostawiło i wlać do formy z wołowiną. Dodać zezłocony boczek oraz tyle bulionu wołowego, aby mięso było całkowicie przykryte. Dodać resztę składników:
koncentrat pomidorowy, zmiażdżone ząbki czosnku, tymianek, liście laurowe i sól do smaku. Wymieszać, zagotować, przykryć i wstawić na 2 godziny (albo dłużej - aż wołowina będzie niemal miękka) do piekarnika rozgrzanego do 160 stopni C. Można spokojnie bezpośrednio dusić potrawkę na ogniu.

   Po 2 i pół godzinach (lub odpowiednim dłuższym czasie, którego wołowina potrzebuje, by stać się niemal miękka) dodajemy następująco przyrządzone zasmażkę pieczarki i cebulki:
-
na maśle podsmażyć chwilkę mąkę, zalać szklanką zimnego bulionu wołowego oraz sosem i dodać do mięsa mieszając sos delikatnie trzepaczką czy drucianą ubijaczką,
- pieczarki myjemy, kroimy w plasterki i smażymy na mocnym ogniu na oleju i maśle przez chwilę do zrumienienia się niektórych kawałków, po czym dodajemy do sosu z mięsem
- cebulki obieramy i również podsmażamy na pozostałym po pieczarkach tłuszczu tak, by z różnych stron nabrały ciemnozłotych rumieńców, po czym przekładamy je do sosu z mięsem.

   Brytfankę z mięsem stawiamy na ogień na kuchence, przykryć i podgotować przez 10 minut, by wszystko przeszło swoimi smakami. Po tym czasie wołowina jest gotowa.

   Można przygotować ją dzień wcześniej i trzymać w lodówce.

              


   Jak na pierwszy raz wypróbowania przepisu, wyszło w smaku ciekawe i dobre. Po drugim dniu wykańczania sosu przy pomocy grubych makaronowych rurek i surówki ze słodko-kwaśnych ogórków usłyszałam przy stole propozycję powtórzenia za jakiś czas powyższego obiadowego menu.

   Co bym zmieniła? Zmniejszyłabym ilość wina, bo niestety nie wszystkim polskim podniebieniom, nieprzyzwyczajonym do obecności wina w potrawie, potrawka wołowo w winie smakowała. Najbardziej jednak słucham głosu mojego największego i najwierniejszego smakosza, który był autorem wspomnianej propozycji, a to znaczy, że w tym sosie było to "coś" :)
 

23:22, zen.ona
Link Komentarze (13) »
piątek, 27 grudnia 2013
 Florentynki to ciastka pochodzenia włoskiego, łączące w sobie bossski smak karmelu z takimi dodatkami jak migdały, orzechy, czekolada, bakalie a nawet płatki owsiane. Trzeba spróbować je zrobić, żeby wiedzieć, o co chodzi w zachwytach nad nimi. Są słodkie. I mają w sobie to "coś", co może zniewolić i wywołać różne słodkie fantazje :)

                

Poza smakiem ciekawy jest sposób przygotowania i pieczenia. I nawet, jeśli coś nie pójdzie po myśli przepisu, to zawsze można coś wykombinować, na przykład zwinąć w rulonik, jak zrobiłam to za pierwszym razem i częstować nimi jak cukierkami. W każdym bądź razie zabawnie jest patrzeć na cały proces ich pieczenia przez szybkę w piekarniku.
 

                

   Przeszukując ograniczone przez same google internetowe przepaście doszłam do wniosku, że receptur na florentynki jest tyle, ilu właścicieli blogów i stron. Po obejrzeniu zdjęć w książkach i internetowej galerii wzięłam się za szukanie filmików na you tube. Znalazłam taki oto przykład:
               
 
               

    Warto poświęcić siedemnaście prawie minut na poznanie wszystkich etapów powstawania ciastek, by mieć pojęcie, za co chce się zabrać :)

składniki na moje migdałowe florentynki, zwane również w anglojęzycznym świecie jako Almond Lace Cookies:

1 szklanka brązowego cukru
1 łyżeczka miodu
1/2 szklanki błyskawicznych płatków owsianych
200 g drobno pokrojonych płatków migdałowych
szczypta soli
2 pełne łyżki mąki
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
kilka kropel ekstraktu migdałowego bądź aromatu
100 g masła
4 łyżki pełnego mleka lub śmietanki 30 %

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni C.

Do rondelka wsypujemy cukier, dodajemy miód, masło i mleko bądź śmietankę. Mieszając, rozpuszczamy je na wolnym ogniu i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy kilka sekund, odstawiamy z gazu, dodajmy płatki owsiane, migdały, sól, mąkę, ekstrakt waniliowy, aromat migdałowy, mieszamy.

Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia i kładziemy na nią po pełnej łyżeczce ciasta robiąc między poszczególnymi porcjami duże, kilkucentymetrowe odstępy. Na blaszce od piekarnika mieści się ich 9 sztuk. Ciastka włożyć do rozgrzanego piekarnika i piec ok. 8-9 minut aż do całkowitego zezłocenia się (jeśli piekarnik je pali, zmniejszyć temperaturę lub piec krócej). Im większa powierzchnia florentynek będzie brązowa, tym lepiej, blady środek będzie miał miękką strukturę i będzie zbyt plastyczny na zachowanie określonego kształtu. Ciemniejsze są chrupkie i, przynajmniej dla nas, smaczniejsze. Oczywiście nie mówię tutaj o spalonych.

Po upieczeniu chwilkę studzimy i możemy nadać dowolny kształt powoli twardniejącym florentynkom:
- położyć je ostrożnie na wałku bądź butelce i lekko zagiąć - będą wtedy półokragłe
- nawinąć na rączkę od drewnianej łyżki - dadzą się wtedy po całkowitym wystudzeniu nadziewać kremem bądź bitą śmietaną
- nawinąć ostrożnie na metalowe rożki itp.
- można je również zostawić takie, jakie wyszły po upieczeniu.

Kiedy są już zimne, można posmarować rozpuszczoną czekoladą, nadziać bitą śmietaną, i czym tam jeszcze sobie chcemy umilić konsumowanie florentynek.

                  

I oczywiście do paczek obok biscotti oraz lebkuchen :)
Ostrożnie.




czwartek, 26 grudnia 2013
 Lebkuchen to tradycyjne pierniczki, pieczone w Niemczech na święta. Nie próbowałam jeszcze takich prawdziwych, niemieckich lebkuchen, ale w całej naszej polskiej blogosferze pod tym mianem kryją się miękkie pierniki, mocno smakujące bakaliami. Większość przepisów odnosi się do "Moich wypieków", więc i ja postanowiłam, nie mając dużo czasu na szukanie receptury, wypróbować zachwalany przez wszystkich przepis. Powiem, że czasem warto pójść za stadem piekarniczych fartuszków i bez doszukiwania się w komentarzach uwag, dołączyć do grona miłośników dobrego kąska.

                

  składniki:

2 szklanki mąki
100 g zmielonych migdałów
3 łyżeczki przyprawy do pierników (wsypałam całą paczkę, mniej więcej się zgadza)
1 łyżeczka zmielonego cynamonu
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
szczypta soli
200 ml płynnego miodu
100 g masła
100 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
skórka otarta z połowy cytryny (jeśli lubicie mocniejszy smak, dajcie z całej)

W małej misce wymieszać mąkę ze mielonymi migdałami, proszkiem, przyprawami, solą i sodą.

W sporym garnku roztopić masło i miód, po czym zdjąć je z gazu i odstawić na 10 minut, by troszkę ostygło. Do ciepłej masy wsypać suche składniki, dodać skórki owocowe i łyżką lub mikserem na wolnych obrotach wymieszać, by wszystkie składniki dokładnie się połączyły. Ciasto wyjdzie lepkie, przykryć je ściereczką i odstawić do ostudzenia, w tym czasie nieco zgęstnieje.

Po tym czasie rozgrzać piekarnik do 180 stopni C, a z ciasta robić kulki wielkości orzecha włoskiego, układać na blaszkach wyłożonym papierem do pieczenia w kilkucentymetrowych odstępach od siebie, w czasie pieczenia urosną. Każdą kulkę spłaszczyć palcami umaczanymi w wodzie, by ciasto nie zaczęło przyklejać się do rąk.

  Tak przygotowane pierniki włożyć do rozgrzanego piekarnika i piec 15 minut. Następnie wyjąć je z piekarnika, wystudzić i posmarować lub umoczyć w całości z lukrze.

                   


Pyszne :))) I do paczuszki obok biscotti...
środa, 25 grudnia 2013
  Inaczej zwane również cantucci, to rodzaj włoskich ciasteczek pieczonych dwa razy. Porażających troszkę swoją twardością, jeśli faktycznie chciałoby się oddać ich typowy charakter. Na czym to polega? Po pierwszym etapie pieczenia kroi się wałeczek ciasta na nie za grube kromki i podpieka się ponownie, żeby troszkę podeschły. W ten sposób stają się na zewnątrz jeszcze bardziej kruche, z troszkę miękkim środkiem. A jeśli dodać do nich bakalii, kojarzących się ze świętami, to czegóż więcej trzeba do ciasteczkowego szczęścia? Może szklanki gorącej, mocnej, dobrej, pachnącej bergamotką herbaty...

                 



składniki:

2 szklanki mąki
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
100 g miękkiego masła
3/4 szklanki cukru
1 jajko
5 -6 łyżek mleka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
kilka kropel migdałowego aromatu lub 1/2 łyżeczki ekstraktu migdałowego
100 g suszonych żurawin
100 g grubo pokrojonych migdałów lub orzechów laskowych (akurat miałam te ostatnie w siatce z przedświątecznymi zakupami), ciekawie wyglądają również pistacje

Piekarnik rozgrzać do 175 stopni C. Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia.

W małej misce wymieszać mąkę, sól i proszek do pieczenia.

W większej misce umieścić masło, wsypać cukier i utrzeć przez chwilę (zrobią się grudki, ale to nic nie szkodzi). Wbić jajko i przez chwilkę ucierać. Dodać mleko, ekstrakt, aromat migdałowy i dokładnie wymieszać.

Wsypać suche składniki, utrzeć na zmniejszonych obrotach tak, by wszystkie składniki się ze sobą połączyły. Na koniec dołożyć żurawiny wraz z orzechami, wymieszać łyżką, przełożyć na blat mocno podsypany mąką. Rękami obsypanymi mąką uformować masę delikatnie w kulę ciasto i podzielić na dwie części. Z każdej części utoczyć na blacie z mąką wałek o długości ok. 25 cm, szerokości ok. 6 cm i wysokości ok. 3 cm. Ułożyć je na blaszce w pewnym od siebie odstępie. Wstawić do rozgrzanego piekarnika, piec ok. 20 minut (troszkę nabierze złotego koloru, ale będzie dosyć blade).

Następnie wyjąć z piekarnika, wystudzić ok. 30 minut, pokroić na ok. 1,5-centymetrowe kromki, ułożyć je tak, jak na zdjęciu powyżej i ponownie zapiec. Po 15-20 minutach są już gotowe do wyjęcia z piekarnika.

Świetnie się przechowują. I są alternatywą do czekoladowych smaków.

            

  Do paczek jak znalazł :)

źródło: Kristine`s kitchen
piątek, 20 grudnia 2013
 Zapowiedziany chleb upieczony został w odpowiednim terminie. Bez szału smakowych uniesień został skonsumowany choćby z gulaszową. Dla mojej rodziny, dla mnie również, chleb miał dziwny niemal piwny posmak i nie ma próśb o następny bochenek. Ale doświadczeń w kuchni nigdy nie za wiele, także jestem zadowolona z samej okazji wypróbowania takiego rodzaju pieczywa i wzięcia udziału w akcji. Nieczęsto ma się na to przecież czas.

           
   A poniżej przepis na zupę gulaszową, jedną z naszych coraz częściej w tym sezonie zimowym przygotowywanych obiadowych potraw:

składniki:
1 kg mięsa wieprzowego (może być ładna łopatka, szynka, nietłusta karkówka)
kilka łyżek oleju
1 duża cebula
2-3 ząbki czosnku
1 mały słoik marynowanej czerwonej papryki
ok. 30 dag pieczarek (ilość w zależności od chęci i ochoty)
1 średnia marchewka,
pół szklanki groszku (może być mrożony, podobnie jak marchewka)
1 łyżka koncentratu pomidorowego
ok. 1,5 szklanki gęstego przecieru pomidorowego (może być i więcej, w zależności od tego, jak bardzo intensywny smak lubimy) (dodaje po prostu mały karton)
przyprawy (dowolne) u mnie najczęściej: sól, duża szczypta cukru, czarny zmielony pieprz (ok. łyżeczki), pieprz ziołowy (ok. łyżeczki), duża szczypta cząbru, mielona kolendra (ok. 3/4 łyżeczki), ziarnka ziela angielskiego, 2 listki laurowe, majeranek (ok. 1 łyżki), czosnek niedźwiedzi (ok. 1 łyżki), duża szczypta ostrej papryki, 1/2 łyżeczki wędzonej półsłodkiej czerwonej papryki, 1 łyżeczka czerwonej mielonej papryki słodkiej, i inne przyprawy, które akurat mam pod ręką (czasem sypnę przyprawy do gyrosa albo do grilla itp.)

Biorę duży garnek z grubym dnem. Mięso zacząć kroić na drobniutkie kawałki, wrzucać je do garnka na rozgrzany olej i krojąc dalej, spokojnie dodawać porcjami mięso, nie przejmując się, że to, znajdujące się w garnku cały czas się podsmaża.

Kiedy całe mięso jest już w garnku, podsmażać je chwilkę, by woda odparowała, po czym dodać pokrojoną cebulę i zmiażdżony czosnek. Po kilku minutach oprószyć przyprawami dodając je w takiej ilości, na jaką mamy ochotę. Dobrze wymieszać i po krótkim przesmażeniu dołożyć pokrojone w plasterki pieczarki. Po kilku minutach smażenia wlać tyle wody, by przykryła mięso z warzywami, dodać przecier pomidorowy wraz z koncentratem, dusić pod przykryciem przez 30 minut.

Następnie: jeśli wydaje się, że jest mało wody - dolać ze szklankę, doprawić solą do smaku, dodać pokrojoną w drobną kostkę marchewkę, paprykę marynowaną i groszek, wlać 3-4 łyżki octowej marynaty, w razie czego doprawić innymi przyprawami i gotować pod przykryciem do miękkości groszku i marchewki.

Podawać z pieczywem, gorącą, parującą mięsno-pomidorowym zapachem, pochodzącym również z mieszanki przypraw.

Czasem do gulaszu dodaję pokrojone w kostkę ziemniaki, świeżą czerwoną paprykę i to, co akurat podpowie fantazja. :)

Lubimy.

                        
 
22:53, zen.ona
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23