Zakładki:
Durszlak.pl

ciasteczka

piątek, 27 grudnia 2013
 Florentynki to ciastka pochodzenia włoskiego, łączące w sobie bossski smak karmelu z takimi dodatkami jak migdały, orzechy, czekolada, bakalie a nawet płatki owsiane. Trzeba spróbować je zrobić, żeby wiedzieć, o co chodzi w zachwytach nad nimi. Są słodkie. I mają w sobie to "coś", co może zniewolić i wywołać różne słodkie fantazje :)

                

Poza smakiem ciekawy jest sposób przygotowania i pieczenia. I nawet, jeśli coś nie pójdzie po myśli przepisu, to zawsze można coś wykombinować, na przykład zwinąć w rulonik, jak zrobiłam to za pierwszym razem i częstować nimi jak cukierkami. W każdym bądź razie zabawnie jest patrzeć na cały proces ich pieczenia przez szybkę w piekarniku.
 

                

   Przeszukując ograniczone przez same google internetowe przepaście doszłam do wniosku, że receptur na florentynki jest tyle, ilu właścicieli blogów i stron. Po obejrzeniu zdjęć w książkach i internetowej galerii wzięłam się za szukanie filmików na you tube. Znalazłam taki oto przykład:
               
 
               

    Warto poświęcić siedemnaście prawie minut na poznanie wszystkich etapów powstawania ciastek, by mieć pojęcie, za co chce się zabrać :)

składniki na moje migdałowe florentynki, zwane również w anglojęzycznym świecie jako Almond Lace Cookies:

1 szklanka brązowego cukru
1 łyżeczka miodu
1/2 szklanki błyskawicznych płatków owsianych
200 g drobno pokrojonych płatków migdałowych
szczypta soli
2 pełne łyżki mąki
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
kilka kropel ekstraktu migdałowego bądź aromatu
100 g masła
4 łyżki pełnego mleka lub śmietanki 30 %

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni C.

Do rondelka wsypujemy cukier, dodajemy miód, masło i mleko bądź śmietankę. Mieszając, rozpuszczamy je na wolnym ogniu i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy kilka sekund, odstawiamy z gazu, dodajmy płatki owsiane, migdały, sól, mąkę, ekstrakt waniliowy, aromat migdałowy, mieszamy.

Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia i kładziemy na nią po pełnej łyżeczce ciasta robiąc między poszczególnymi porcjami duże, kilkucentymetrowe odstępy. Na blaszce od piekarnika mieści się ich 9 sztuk. Ciastka włożyć do rozgrzanego piekarnika i piec ok. 8-9 minut aż do całkowitego zezłocenia się (jeśli piekarnik je pali, zmniejszyć temperaturę lub piec krócej). Im większa powierzchnia florentynek będzie brązowa, tym lepiej, blady środek będzie miał miękką strukturę i będzie zbyt plastyczny na zachowanie określonego kształtu. Ciemniejsze są chrupkie i, przynajmniej dla nas, smaczniejsze. Oczywiście nie mówię tutaj o spalonych.

Po upieczeniu chwilkę studzimy i możemy nadać dowolny kształt powoli twardniejącym florentynkom:
- położyć je ostrożnie na wałku bądź butelce i lekko zagiąć - będą wtedy półokragłe
- nawinąć na rączkę od drewnianej łyżki - dadzą się wtedy po całkowitym wystudzeniu nadziewać kremem bądź bitą śmietaną
- nawinąć ostrożnie na metalowe rożki itp.
- można je również zostawić takie, jakie wyszły po upieczeniu.

Kiedy są już zimne, można posmarować rozpuszczoną czekoladą, nadziać bitą śmietaną, i czym tam jeszcze sobie chcemy umilić konsumowanie florentynek.

                  

I oczywiście do paczek obok biscotti oraz lebkuchen :)
Ostrożnie.




środa, 25 grudnia 2013
  Inaczej zwane również cantucci, to rodzaj włoskich ciasteczek pieczonych dwa razy. Porażających troszkę swoją twardością, jeśli faktycznie chciałoby się oddać ich typowy charakter. Na czym to polega? Po pierwszym etapie pieczenia kroi się wałeczek ciasta na nie za grube kromki i podpieka się ponownie, żeby troszkę podeschły. W ten sposób stają się na zewnątrz jeszcze bardziej kruche, z troszkę miękkim środkiem. A jeśli dodać do nich bakalii, kojarzących się ze świętami, to czegóż więcej trzeba do ciasteczkowego szczęścia? Może szklanki gorącej, mocnej, dobrej, pachnącej bergamotką herbaty...

                 



składniki:

2 szklanki mąki
1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
100 g miękkiego masła
3/4 szklanki cukru
1 jajko
5 -6 łyżek mleka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
kilka kropel migdałowego aromatu lub 1/2 łyżeczki ekstraktu migdałowego
100 g suszonych żurawin
100 g grubo pokrojonych migdałów lub orzechów laskowych (akurat miałam te ostatnie w siatce z przedświątecznymi zakupami), ciekawie wyglądają również pistacje

Piekarnik rozgrzać do 175 stopni C. Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia.

W małej misce wymieszać mąkę, sól i proszek do pieczenia.

W większej misce umieścić masło, wsypać cukier i utrzeć przez chwilę (zrobią się grudki, ale to nic nie szkodzi). Wbić jajko i przez chwilkę ucierać. Dodać mleko, ekstrakt, aromat migdałowy i dokładnie wymieszać.

Wsypać suche składniki, utrzeć na zmniejszonych obrotach tak, by wszystkie składniki się ze sobą połączyły. Na koniec dołożyć żurawiny wraz z orzechami, wymieszać łyżką, przełożyć na blat mocno podsypany mąką. Rękami obsypanymi mąką uformować masę delikatnie w kulę ciasto i podzielić na dwie części. Z każdej części utoczyć na blacie z mąką wałek o długości ok. 25 cm, szerokości ok. 6 cm i wysokości ok. 3 cm. Ułożyć je na blaszce w pewnym od siebie odstępie. Wstawić do rozgrzanego piekarnika, piec ok. 20 minut (troszkę nabierze złotego koloru, ale będzie dosyć blade).

Następnie wyjąć z piekarnika, wystudzić ok. 30 minut, pokroić na ok. 1,5-centymetrowe kromki, ułożyć je tak, jak na zdjęciu powyżej i ponownie zapiec. Po 15-20 minutach są już gotowe do wyjęcia z piekarnika.

Świetnie się przechowują. I są alternatywą do czekoladowych smaków.

            

  Do paczek jak znalazł :)

źródło: Kristine`s kitchen
niedziela, 02 grudnia 2012
 A jednak. Czas dyni nadszedł. Z ową wielką, pomarańczową kulą, pełną smacznych obietnic, jest jedynie taki problem, że jak już wykroi się z niej kawałek, trzeba zużyć resztę w najbliższych dniach. Nie mamy balkonu, gdzie dynia mogłaby w chłodzie jesieni czekać na kolejną turę ciastek czy ravioli. Musimy cieszyć się nią codziennie, aż do ostatniego kawałka...

   Lekkie wymuszenie dyniowego pierwszeństwa w kuchni, ale cóż... Należy przyjąć pożyteczność takiej presji i wyczarowywać kolejne pomarańczowe cuda, spędzając trochę czasu na wyborze tego, na co tak naprawdę ma się ochotę: na słodkie czy słone, pieczone czy podduszone, zimne czy ciepłe.

   Zaczynamy dyniowe szaleństwo od rogalików z różaną marmoladą i szklanki soku z dyni, pomarańczy, jabłek i marchewki (przepisu na to nie podaję, bo nie widzę żadnej filozofii w wyciśnięciu w sokowirówce dowolnej ilości owoców i warzyw, każda porcja wychodzi wyśmienita). Rogaliki znane są również pod nazwą "rogaliki marchewkowe" - zamiast dwóch średnich marchewek dodałam dwa kawałki dyni owe marchewki wielkością swoją przypominające :)

                 


składniki:

2,5 szklanki mąki
3 łyżki cukru pudru
1 kostka chłodnego masła
szczypta soli
2 kawałki dyni równe 2 średnim marchewkom

marmolada o smaku różanym
cukier puder i sok z cytryny na lukier

   Z mąki, cukru pudru, startej na cienkiej tarce marchewki i startego na grubej tarce masła zagnieść jednolite ciasto. Podzielić na pół. Połówkę rozwałkować na cienki placek, pokroić jak pizzę na 8 trójkątnych kawałków. Na każdy trójkąt -przy jego szerszej części nałożyć ok. 3/4 łyżeczki marmolady, zawinąć od szerszej części ku węższej, formując rogaliki. Z drugą połówkę zrobić tak samo. Rozgrzać piekarnik do 180 stopni C. Ułożyć wszystkie rogaliki na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i włożyć do nagrzanego piekarnika. Piec 30 minut. Po lekkim wystudzeniu posmarować nie za gęstym lukrem cytrynowym lub po prostu oprószyć cukrem ciepłe jeszcze rogaliki.

                  

Jedzone na ciepło po prostu zamykają najbardziej wygadane usta;)

                
niedziela, 12 lutego 2012
 Nie zrobiłam zdjęcia hiszpańskim churrosom, ale ręczę, że wyglądają tak samo jak te poniżej. Czy tak samo smakują? Troszkę inaczej, może z powodu dodania jajek - bo wiele przepisów na hiszpańskojęzycznych blogach i stronach obywa się bez nich, a może z powodu braku barcelońskiego powietrza, wzmacniającego smak ulicznych przysmaków;)

                

  Do zrobienia churrosów potrzeba godzinki wolnego czasu, dwóch garnków i szprycy do nadania ciastkom znanego na całym świecie kształtu. Jedni do masy dodają jajka i masło, drudzy poprzestają na wodzie i mące, zalecając wtedy szybkie przełożenie ciasta do szprycy, bo stygnąc gęstnieje jeszcze bardziej. Wybór składników zależy od ochoty poeksperymentowania. Powiem jeszcze tylko tyle, że przygotowanie ciasta na churrosy z jajkami i masłem przypomina zrobienie ciasta ptysiowego.  

                  

składniki:

1 szklanka wody
1 szklanka mąki
50 g masła
szczypta cukru
szczypta soli
3 jajka

olej do smażenia
cukier puder

   Do garnka wlać wodę, dodać masło, szczyptę soli, odrobinę cukru i doprowadzić to do wrzenia. Następnie zdjąć z ognia, wsypać mąkę, dobrze wymieszać ją z wodą (powstanie gliniasta masa), wstawić ponownie na malutki płomień i przez 2-3 minuty mieszając podprażyć. Odstawić na 10 minut, po czym wbijać po jednym jajku, po każdym dokładnie utrzeć ciasto (charakterystyczne: po wbiciu jajka masa stanie się śliska, podzielona na kawałki, ucieranie pozwoli połączyć wszystko na powrót w jednolitą masę - i tak będzie robiło się po dodaniu każdego jajka).

   Olej wlać do garnka, mocno rozgrzać. Napełnić ciastem szprycę z odpowiednią końcówką i:
- wyciskać churrosy bezpośrednio na rozgrzany olej, oddzielając je palcami (szybki i łatwy sposób, wiem to z doświadczenia;)

lub

- posmarować olejem pergamin, wyciskać churrosy na pergamin, a potem strącać je do garnka podważając lekko nożem (też wychodzi, ale wolniej)

  Smażyć kilka minut z obu stron (dwukrotnie zwiększą objętość), odsączyć z nadmiaru tłuszczu na papierowych ręcznikach, przenieść na talerz. Posypać cukrem pudrem lub zwykłym cukrem, który można wymieszać z cynamonem.

  Bardzo smaczne są zanurzone od razu po usmażeniu i odsączeniu w rzadkim lukrze, długo zachowują wilgotność, podobne są wtedy do sklepowych gniazdek z ptysiowego ciasta.

   W Meksyku i Hiszpanii podaje się do tego rozpuszczoną czekoladę, w której zanurza się churrosy. 

      
środa, 04 stycznia 2012
  Mincemeat to tradycyjne angielskie nadzienie do ciasta i ciasteczek przygotowywane na okres świąt Bożego Narodzenia. Nadzienie składa się z różnego rodzaju rodzynek i suszonych owoców, niezwykłego jak na słodkości składnika, jakim jest łój wołowy - zamieniony w moim wykonaniu na smalec i to w o wiele mniejszej ilości, niż podawanej w oryginalnym przepisie oraz alkoholu, mającego za zadanie zakonserwować masę. Po co "konserwować"? Otóż nadzienie powinno się zrobić na co najmniej 2 tygodnie przed upieczeniem ciasta. Faktycznie, po tym czasie składniki przenikają swoim smakiem i zapachem i nawet spróbowanie ich z łyżeczki, jeszcze nie w ciastku;), daje przyjemne doznania na podniebieniu:)

   Poza nadzienie na uwagę zasługuje samo ciasto. Jest niesamowicie kruche i świetnie współgra z bakaliowym nadzieniem, choć (a może właśnie dlatego) nie dodaje się do niego ani grama cukru. Myślę, że to może być dobry przepis na ciasto do pajów.    


                  

składniki:

mincemeat:
30 g smalcu
1 jabłko
100-120 g skórki pomarańczowej lub mieszanki skórek
250 g rodzynek zwykłych
250 rodzynek sułtanek
250 g suszonej żurawiny
25 g zmielonych orzechów lub migdałów
1/2 łyżeczki mieszanki przypraw do pierników
duża szczypta mielonej gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki cynamonu
sok z 1/2 cytryny
80 ml brandy

ciasto:
185 g mąki
115 g schłodzonego masła
25 g smalcu
1 żółtko
2 krople waniliowego ekstraktu
szczypta soli

              

 
              

   Przygotować mincemeat=nadzienie:

   Umieścić w misce smalec, obrane i pokrojone na plasterki jabłko, skórki i zwykłe rodzynki. Przy pomocy blendera wymieszać wszystko przez chwilkę, do powstania lepiącej się masy z drobinami bakalii. Można zrobić to również w malakserze. Dodać do tego pozostałe składniki i dobrze wymieszać łyżką. Włożyć do słoika - wyjdzie z tego ok. 1 l nadzienia i przechowywać w lodówce na najniższej półce przez ok. 1-2 tygodnie. Z tego co piszą na blogach i w książkach - mincemeat jest najlepszy po 3-4 tygodniach.

   Kiedy chcemy już użyć nadzienia, przygotowujemy ciasto:

   Do dużej miski przesiać mąkę, sól, dodać pokrojone masło i smalec, wymieszać do postaci kruszonki, dodać żółtko, wanilię, 1 1/2 łyżki wody lub 1 łyżeczka śmietany i zagnieść szybko na kształt kuli jednolitego ciasta. Schłodzić w lodówce przez 20-30 minut, po czym wyjąć z lodówki i odkroić 1/3 część ciasta, którą na razie odstawić. Pozostałe 2/3 ciasta podzielić na pół, zrolować każdą połówkę i jak na kopytka odciąć 6 kawałków.

   Piekarnik rozgrzać do 200 stopni C.

   Każdy kawałek (jest ich razem 12) lekko rozpłaszczyć w dłoniach, włożyć do formy (może być na muffinki, babeczki itp) i wykleić nim foremkę (jak na zdjęciach powyżej). Do każdej ciasteczkowej miseczki nałożyć 1 łyżeczkę bakaliowego nadzienia.

   Resztę ciasta podzielić na dwie części, zrolować, pociąć na 6 kawałków, a każdy kawałek uformować w dłoniach na placuszek, którym przykryć nadzienie. Palcem docisnąć brzegi babeczki tak, by brzegi mocno się zlepiły.

   Nacisnąć lekko, ale zdecydowanie babeczkę, by spłaszczyć powstałe wybrzuszenia, posmarować wierzch wodą, posypać cukrem pudrem, zrobić na środku małe nacięcie końcówką noża, włożyć do nagrzanego piekarnika. Piec ok. 20 - 30 minut.

   Pyszne na gorąco, ale na zimno są również bardzo smaczne. Nawet na trzeci dzień (zostawiliśmy dwa, żeby to sprawdzić:) są cały czas niesamowicie kruche i dobre.

                      

   W książce, z której pochodzi przepis, podają, żeby serwować je ze słodką śmietanką lub masłem brandy (brandy butter) - klasycznym dodatkiem do świątecznego angielskiego puddingu lub właśnie ciasteczkami z mincemeat.

źródło przepisu i informacji:
Le Cordon Bleu Home collection. Christmas.

 
Pisałam już kiedyś o serii tych książek. Są rewelacyjne i szkoda, że polski wydawca zrezygnował z ich wydawania. Za to można kupić je na Amazone, a od 27 funtów wydanych w tym sklepie przesyła do Polski jest gratis.
Mam już upatrzone książki, ale to dopiero za jakiś czas. Poczekają:)

 
 
1 , 2