Zakładki:
Durszlak.pl

w podróży

sobota, 10 sierpnia 2013
   Lubimy program tej pani... A raczej lubiliśmy, bo nasz dostawca telewizyjny zrezygnował ze wszystkich programów z "plusikiem", a szkoda... Lubiliśmy więc spokój, z jaką pani Bożena Sikoń (jak anonsują na stronach "najsłynniejsza polska cukierniczka, szefowa pracowni cukierniczej w hotelu Jan III Sobieski, absolwentka dwóch prestiżowych szkół cukierniczych we Francji (Szkoły Dekoratorstwa Artystycznego koło Lionu i w szkoly w Lentore koło Paryża). Jest srebrną medalistką w Pucharze Świata w Luxemburgu w 2002 roku i trenerem polskiej drużyny cukierników.") wprowadza do swojej kuchni, mieszając przy tym, przecierając, miksując, nakładając, smarując i piekąc kolejne łakocie.

   I otóż miałam okazję panią Bożenę poznać. W ramach wakacyjnych wyjazdów zafundowałam sobie przyjemność uczestniczenia w szkoleniu prowadzonym przez tę niezwykle sympatyczną, ciepłą, posiadająca ogromną wiedzę kulinarną mistrzynię wypieków.
                  
 
   Spotkanie w kuchni warszawskiej Tortowni trwało ponad pięć godzin i gdyby nie przymus pędzenia na dworzec, z wielką przyjemnością zostałabym dłużej. W ciągu warsztatu upiekłyśmy (było nas sześć zapalonych do pracy uczestniczek) biszkoptowe blaty, owe czerwone wzorki widoczne na powyższym zdjęciu, ugotowałyśmy syrop do włoskiej bezy, przetarłyśmy maliny, przygotowałyśmy malinowy mus, zrobiłyśmy krem bawarski, a przede wszystkim zadawałyśmy mnóstwo pytań na tematy związane z pieczeniem i dekorowaniem ciast. Pani Bożena z niezmąconym spokojem i cierpliwością odpowiadała na wszystkie nasze pytania i poświęcając swój czas, objaśniała wszystkie pojawiające się zagadnienia.

   Po szkoleniu każda z nas wróciła do domu z takim ciastem, jaki przygotowywałyśmy w Tortowni. Mój zjadłyśmy z towarzyszką podróży przy jednym z kawiarnianych stolików blisko dworca. Odległość, a przede wszystkim upał, nie pozwoliły na zawiezienie go rodzinie, musiałyśmy delektować się więc nim same, czego raczej nie żałowałyśmy;)

                  


                    

   Korzystając z pobytu w Warszawie, poszłyśmy obejrzeć ekspozycję Muzeum Powstania Warszawskiego (rzeczywiście robi wrażenie) i postać w ponad półtoragodzinnej kolejce do Centrum Kopernika (polecam zakup bilety przez Internet). Zajrzałyśmy do jednej z pierogarni na Starym Mieście o niezwykle ciepłej i sentymentalnej nazwie i potrawach niekoniecznie oddających zapowiadającą szyldem atmosferę oraz do "Polki" Magdy Gessler, restauracji o mrocznych raczej wnętrzach, ale zjadliwych dla nas cenach, bardzo dobrej obsłudze i smacznych kąskach na talerzach. 

   W Muzeum Powstania Warszawskiego w pewnym momencie świat zatrzymał się na chwilkę. Pamięć bez patosu przywołała słowa "Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnosza przez uszanowanie..." w nich jedynie znajdując ujście wrażeniom:

                         

sobota, 10 listopada 2012
   Kiedy w angielsko-kanadyjskim filmie "Stan 51" Elmo McElroy grany przez Samuela L. Jacksona zostaje poczęstowanym rybą z grubo krojonymi frytkami zawiniętymi w gazetę, najpierw patrzy na nią ze wzgardą i zadziwieniem, po czym wyrzuca wątpliwe dla siebie rarytasy przez okno. (Po obejrzenie sceny sięgnij TU - pierwsze 50 sekund - ogólnie film dla czternastolatków płci męskiej lubiących humor na poziomie poniżej pasa;)

   Zaintrygowało mnie to wtedy i poszukałam na szybko cóż to takiego ta ryba z frytkami podawana w papierze. Okazało się, że od połowy XIX wieku znana jest w Wielkiej Brytanii jako rybacki fast food. Niby nic niezwykłego, ot kawałki ryby w panierce i grube kawałki ziemniaków smażone na głębokim tłuszczu, polane często octem lub ketchupem, ale sam fakt potrawy z historią dodawał jej smaczku;)

   Więc..., jeśli ma się tylko okazję, czemu nie...


                                    


   Klasycznie, choć bez papieru. Na ławce. W tle wrześniowi spacerowicze, słońce wybielające piaszczysty brzeg i morze z nurkującymi pod falami surferami w czarnych obcisłych kombinezonach.
Punkt zwrotny w mojej angielskiej przygodzie, dodający pewności, przełamujący okres dwóch dni za mocnego zawrotu głowy z nadmiaru wrażeń i przeziębienia. Przestałam przejmować się akcentem, poprawnością gramatyczną czy nieznajomością słówek. Dostałam w zamian popołudniowy uśmiech zmęczonej kasjerki, chwilzainteresowania pochodzeniem i możliwość wyboru ryby u kucharza zmuszającego nas zabawnym zachowaniem do odpowiedniej reakcji. Potem było już tylko łatwiej...

   
             

              


               


   Powiem szczerze, brakowało mi do szczęścia jedynie surówki z kiszonej kapusty. Nic tylko brać się za pomyślenie o dobrej kolacji... ;)

czwartek, 25 października 2012
No zdarza się. Po prostu. Gotujemy, jemy, ale nie fotografujemy i nie zapisujemy. Czas stał się kruchy jak dobrze upieczona szynka;) Rozrywam go na kawałeczki. Maczam w sosie gorzko-słodkich zdarzeń. Zagryzam chwilami lukrowanej ciszy. Częstuję na deser pamiątkami z niedawnej podróży:

              


            



             



            

Nie ma nic wspanialszego na głodny środek dnia od chińskiego bufetu ze 150 potrawami nieustannie donoszonymi do metalowych mis. Brakowało tylko towarzystwa, inspirującego do godzinnych rozmów przerywanych kolejną porcją rarytasów...

Bournemouth 2012

Ja tam jeszcze wrócę...;)